Gdy dom jest światem
Blog Pani Łyżeczki

Z książki

Zakazany owoc


Wystraszyłam się, że może zanudzam już Czytelników zbyt częstymi opowieściami o starym dworku, i postanowiłam na jakiś czas porzucić ten temat. Jak się okazało, nie na długo.

A wszystko za sprawą dwóch niewielkich skrzyneczek, wniesionych do domu przez O. Skrzyneczki zostały umieszczone pod schodami, kusząc swoją zawartością wszystkich schodzących na dół. Wzięłam jeden owoc do ręki: tak mogło pachnieć tylko tam. 

+ + +

Furtka do ogrodu charakterystycznie skrzypiała przy otwieraniu, podobnie jak jedyny w swoim rodzaju byłdźwięk jej zamykania. Można jednak było wślizgiwać się tam niepostrzeżenie, jeśli babcia akurat krzątała się po kuchni lub w dalszych rejonach podwórza. To był dobry moment, by wyruszyć po zakazane.

W takich momentach ukochaną papierówkę mijało się obojętnie. Nie przyszłam wszak zażywać chwil medytacji między jej gałęziami. Nie podchodziłam też do malinówki, bo i po co, skoro jej owoce dojrzewały dopiero jesienią, kiedy moim miejscem na ziemi znów stawało się wielkie miasto, jakże różne od tego cichego zakątka. Tutaj cel stał dalej w głębi ogrodu, już prawie pod płotem. Żółciły się na nim - piękne, soczyste i duże. Zakazane owoce.

Antonówka. Nie dalej jak wczoraj babcia dała dzieciom sąsiadów cały kosz pięknych dojrzewających, lekko jeszcze kwaskowych jabłek. Oczywiście świeżo zerwanych z drzewa. Kilka dni wcześniej wręczyła wielką szmacianą torbę wypchaną owocami (bez robaków, prosto z drzewa) kierowcy autobusu, który uprzejmie zatrzymywał się koło domu, oszczędzając jej nogom przydługiego spaceru od przystanku. Ale dla nas nie było tych smakowitości, nam wolno było jedynie zbierać z ziemi te skruszałe, zbyt słodkie i na dodatek robaczywe.

I oto mała niewinna dziewczynka w ogrodzie, który był rajem jej dzieciństwa, sięgnęła po zakazane. Czy odczuwała w tym momencie rozterki Ewy, walczyła z pokusą, rozglądała się trwożnie, czy Bóg nie nadchodzi? Nie. Brała po prostu, jakby jej się należało, i szła spokojnie w stronę papierówki, by na jednej z jej gałęzi zatracić się w smakowaniu zwycięstwa.

Wszak tu było bezpiecznie. W tym ogrodzie nic złego nie mogło się zdarzyć, a każda przewina uchodziła na sucho. Tu baranki przechadzały się razem z lwami („lefy” to było moje własne określenie na owce). Tu pszczoły leniwie brzęczały, ale nie żądliły, tu wierzba płacząca dawała schronienie przed deszczem, a hamak przed upałem. Wreszcie tu można było zaszyć się z książkąi nie słyszeć, że babcia woła, że wszyscy szukają. Ogród dawał schronienie i wytchnienie, a później, kiedy zaczął się robić zbyt ciasny dla osoby chcącej zwiedzać świat – dawał nadzieję, że droga za płotem stanie się kiedyś moją. Nazrywam sobie wtedy pełne kieszenie żółtych jabłek i pójdę…

+ + +

A teraz stojąsobie spokojnie pod schodami. Są przeznaczone właśnie dla mnie i mogę legalnie wyciągać po nie rękę i kosztować do woli. W drugiej skrzynce czerwienią się mityczne, nieznane jesienne malinówki. O. mówi, że są lepsze, kwaskowate. A te żółte świetnie nadają się do pieczenia.

I dlatego właśnie, zamiast pisać, tłumaczyć czy po prostu spać, siedzimy w środku nocy przy kuchennym stole i raczymy się gorącymi antonówkami, rzucając raz po raz krótkie uwagi o naszych wspólnych letnich dniach dzieciństwa, o domu i ogrodzie oraz o tym, co już nigdy nie wróci. Ale nie musi, bo i tak wspomnienia mamy na własność.


W świetle lampy


Tak się złożyło, że pierwszym sprzętem, jaki kupiliśmy do naszego wspólnego domu, była lampa. Pojechaliśmy po zlewozmywak, ale nie trafiliśmy na ten właściwy i wróciliśmy z lampą. Ma ona klosz spleciony ze sznurka, co za dnia świetnie komponuje się z drewnem, a nocą rzuca tajemnicze cienie na ściany. Powiesiliśmy ją potem nad stołem i tak nam towarzyszy od ponad siedmiu lat.Miło patrzeć, jak w kręgu jej światła przybywa małych główek.


W czasach liceum i studiów lubiłam chodzić wieczorami po mieście. Najbardziej w te długie jesiennei zimowe wieczory, kiedy szybki zmierzch zmuszał ludzi do zapalania świateł.Lubiłam zaglądać w okna, a ponieważ z perspektywy chodnika najlepiej widoczny był sufit, przeprowadzałam analizę porównawczą lamp. Każda była inna, ale wszystkie miały jedną cechę wspólną: pod nimi gromadzili się domownicy, by prowadzić swe wspólne, niezmiennie szczęśliwe życie, odgrodzone od ulicznego chłodu. Im było zimniej, tym chętniej wyobrażałam sobie te niewidoczne dla mnie pokoje i ludzi w nich zebranych. Tym intensywniej marzyłam, by kiedyś mieć własną lampę we własnym domu. 


Miałam jeszcze wtedy jedno miejsce, które nazywałam domem, choć nie było ono moje, i choć spędzałam tam zaledwie kilka dni w roku. Wychodziłam z niego, szłam na przeciwległe wzgórze i wpatrywałam się woświetlone okna. Wiedziałam, że tam zasiadają już do stołu domownicy, że kiedy wejdę do środka, usadzą mnie między sobą i będę piła ciepłą herbatę, wsłuchując się w ich historie. 


Teraz mam już swój dom i swoją lampę. Teraz widzę, że łatwiej w jesienne wieczory snuć się po ulicach, niż usiąść przy własnym stole i zwoływać do niego dzieci. Z czasem pewnie będę czekała na ich powroty, na opowieści o ich światach. Na razie parzę herbatę w dzbanku, dolewam soku agrestowego i wsłuchuję się w ich głosy. Wieczorami ten gwar bywa męczący, ale już nie wychodzę na zewnątrz. Teraz inni snują się po ulicach. 


Kogo zaprosić? 


Od przybytku serce nie boli


Panna T. płakała sobie cichutko przed zaśnięciem.

– Smutno ci? – spytałam.
– Nie.
– No to co się dzieje?
– Bo Psiunio tu leżał sam przez cały czas, jak nas nie było...
– Martwisz się, że mógł się czuć samotny?
– Tak. A poza tym ja już nie wiem, która z zabawek ma być moją najulubieńszą: Aga, Psiunio czy Skoczek.

Trudne są te decyzje. Aga jest z nami najdłużej, chyba od drugich urodzin Panny T., i zawsze była jej dzieckiem. Psiunio to taki włochaty kudłacz, na którego wszyscy mówią „miś”, a to przecież nie miś, tylko pies. Nie pamiętamy, skąd i kiedy do nas przybył. Za to Skoczek pojawił się ostatnio, tak wielkanocnie. Przyjechał z nami z daleka, Aga pokazała mu nowe kąty oraz inne zabawki, a przede wszystkim przedstawiła Psiuniowi. Panna T. trzyma całą trójkę w swoim łóżeczku, przez co dla niej samej pozostaje niewiele miejsca. Ale kiedy do przedszkola albo na wyjazd ma zabrać jedną tylko zabawkę – pojawia się problem.

Znam go dobrze. Wiele matek go zna.
– Wiesz co, ja cię trochę rozumiem – zaczęłam ostrożnie. – Na początku miałam jedną ukochaną córeczkę, Pannę T. Poświęcałam jej cały czas i uwagę i mnóstwo miłości. A potem miała się narodzić Panna Ł. i martwiłam się, czy będę miała miejsce w sercu na dwoje dzieci. Bałam się, że nie będę mogła poświęcić Pannie T. tyle czasu co przedtem, a jednocześnie bałam się, że małej Ł. nie poświęcę tyle uwagi, ile kiedyś jej starszej siostrze. Bardzo mnie to męczyło, również wtedy, gdy Panna Ł. już się narodziła. Przez jakiś czas w ogóle nie umiałam sobie poradzić, aż w końcu odkryłam, że mogę zajmować się moimi córeczkami jednocześnie i mogę kochać je jednocześnie. Wtedy w swoim sercu znalazłam miejsce dla obu, a nawet odkryłam, że jest go jeszcze trochę więcej i starczyłoby dla jeszcze jednego dziecka, na przykład dla Chłopczyka S. Widzisz? Okazuje się, że można kochać wiele osób jednocześnie.

Panna T. jakby poweselała. Każdy lubi dowiadywać się, że jest ważny i kochany. A potem znów się zachmurzyła.
– Ale ja i tak mam problem, bo moje serduszko jest małe i dlatego nie ma w nim miejsca dla trzech zabawek...
– Nawet małym serduszkiem można mocno kochać... – próbowałam wstrzelić się z jakąś mądrą uwagą, chociaż Panna T. ciągnęła swój wątek:
– Ale nie martw się, dla mamy zawsze musi się znaleźć.

Nie wiem, jak rozwiązała kwestię uczucia dla zabawek, ale od tego czasu już o niej nie wspomniała. Nie powiedziała też ani razu, że wolałaby być jedynaczką, czy że lepiej nie być najstarszą.
A jej mama? Poczuła się ważna.


Stare, czarne i tajemnicze


Przedmiot mojego uwielbienia i nienawiści zarazem. Kiedy spotkałam je po raz pierwszy, mieszkało jeszcze w starym domu dziadków. W domu było kilka ogromnych pokoi, niektórych używano wyłącznie jako składowiska dóbr wszelakich. Ostatni z nich, malowany na zielono, znajdował się w najdalszym zakątku. Pamiętam z niego pejzaż zimowy upchnięty w kącie, ogromne biurko – przedmiot moich westchnień pożądliwych – królujące na środku, zapasy miodu oraz to: stare, czarne pianino. Po otwarciu wieka ukazywała się nazwa firmy: Carl Ecke Posen.

Chodziliśmy do tego pokoju z kuzynami,  by postukać trochę w klawisze – czasem mocniej, niż samo pianino by sobie tego życzyło. Umiałam już wtedy zagrać „Wlazł kotek na płotek”, więc uprawiałam wariacje na ten jeden temat. A ono znosiło to cierpliwie. Nie wypominało nam, jakie to ręce na nim grywały, nie przywoływało opowieści o wujku pianiście i pewnej pani, z którą wujek wędrował pod parasolem w padającym śniegu tak długo, aż została jego żoną. 

Wychowawczyni w przedszkolu stwierdziła u mnie słuch muzyczny i zaproponowała, że może udzielać mi lekcji. Do dziś zastanawiam się, czy aby nie pomyliła mnie wtedy z kimś innym (słuchu u mnie za grosz)  ale rezultat był taki, że po kilku miesiącach pianino zmieniło miejsce stacjonowania ze starego dworku na nowy blok z wielkiej płyty. Tutaj, w surowym wystroju kanciastych mebli wiórowych, wyglądało trochę jak z innej bajki.Czarne, z rzeźbionymi kolumienkami i uchwytami na świeczniki. W dodatku zaczęło się rozsychać, więc wydobywały się z niego dziwne trzaski i jęki, które nieraz straszyły mnie w nocy. 

Ale najgorsze było to, że musiałam na nim grać. Z początku wyrażałam nawet jako taką chęć, ale zniechęcenie przyszło bardzo szybko. Przez siedem długich lat miałam poczucie, że wszyscy próbują wmówić mi motywację, której nie miałam. Do dziś otrząsam się na wspomnienie wizyt różnych znajomych i propozycji, jaka czasem przy tej okazji padała: „A może, Łyżeczko, zagrasz nam coś teraz?”.  Jeszcze trudniejszą do zniesienia wersją tego samego zdania było: „Zagraj tę kolędę, a my zaśpiewamy”. Szczęściem, przy moim akompaniamencie śpiewać się nie dało, więc szybko ustępowałam stołka siostrze.

Pianino jakby wyczuło tę niechęć. Po jakimś czasie nie dawało się  już nawet nastroić. Drewniana płyta rezonansowa była nie do uratowania. 

Przypomniałomi się to wszystko, kiedy wczoraj mój mąż przyniósł mi klawiaturę pianina elektrycznego, żebym pograła sobie kolędy. Już wkrótce będziemy je śpiewać wraz ze znajomymi, którzy przybędą na tę okazję. Klawisze są piękne i lekkie, choć brakuje im tamtej klasy i elegancji. Dziś widok jakiegoś starego czarnego pianina wywołuje we mnie przyjemny dreszczyk emocji, gdy za każdym razem stwierdzam: moje brzmiało piękniej. 

Do pobrania

...

Darmowe strony internetowe dla każdego