Gdy dom jest światem
Blog Pani Łyżeczki

Codzienność posrebrzana

W Toruniu płynie woda – nie czas

2012-10-17 12:44:47, komentarzy: 6

 

Zapadał już chłodny październikowy zmierzch, gdy wylądowaliśmy przy fontannie. Nowoczesna i bardzo europejska, wytryskiwała kolorowo podświetlanymi strumieniami w górę, po to, by za chwilę schować się zupełnie w płytach chodnikowych. Gdzieś z tyłu dochodziła muzyka, głośniejsza od szumu wody i podobno skomponowana specjalnie dla tej fontanny. Od przodu napływał mocny zapach wody unoszonej w zimnym powietrzu. Próbowałyśmy z J. odtworzyć zdarzenia ostatnich kilu lat, przypomnieć sobie, ile ich minęło od tej czy innej sytuacji – i ciężko było. Zupełnie nie wiem, jak długo się nie widziałyśmy. Może rok? Może miesiąc? Może trzy lata. Nawet nie wiem, kiedy J. ostatni raz u nas była i jak duży jest teraz jej bratanek. Ale czy to mogło mieć znaczenie, skoro po prostu siedziałyśmy sobie na ławeczce, patrząc w mieniące się kolorami słupy wody, które działały trochę hipnotycznie? Chciałoby się zagubić w nich czas, strząsnąć go z butów jak niepotrzebny balast. Przecież tyle spraw można przeżyć i zrozumieć jeszcze raz bez tego nieubłaganego porządku kolejnych dni i miesięcy. Pomieszać go trochę, poprzestawiać, rozciągnąć lub skrócić w kilku miejscach. Może nawet pozbyć się go zupełnie, ryzykując, że nie zdążę na autobus powrotny.

 

Wróciłam myślami do pociągu, który mnie tu przywiózł. Mknął przez pola i lasy oraz to, co jeszcze niedawno było poletkami, a teraz porasta równymi prostokątami młodych lasków. „Euro brzózki” – pomyślałam sobie z pewnym przekąsem. I „euro wiatraki” – dodałam zaraz, też w myślach. Bo stały tuż przy torach, wysokie i smukłe i zupełnie niepodobne do tych drewnianych wież, z jakimi chcieli walczyć błędni rycerze. Wszystko jest euro i nowoczesne i tylko te krowy pasące się wprost na trawie nie bardzo pasują do standardów. No chyba, że mają certyfikat i dają mleko ekologiczne albo regionalne – wtedy tak. Zatęskniłam za czasami, gdy wszystko było zwyczajne, jak zwyczajne bywało mleko wystawiane dwa razy dziennie przy płocie gospodarstwa w wielkich metalowych kankach. Przypomniał mi się widok szklanej butelki zamkniętej srebrnym kapslem, czekającej rano przy drzwiach mieszkania, i tak się w tym wspomnieniu zatopiłam, że nie zdziwił mnie nawet widok dwóch koni na polu, ciągnących pług. Za nimi jeszcze szli oracze. Wtedy właśnie po raz pierwszy straciłam przywiązanie do daty. Co za różnica, czy jest wiek XIX czy XXI, czy to zabory czy Unia, skoro konie idą spokojnie ciągnąc pług, a to oznacza, że będzie ziarno i będzie chleb?

 

Słuchając szumu fontanny i dźwięków orkiestry próbowałam wyobrazić sobie letni wieczór w tym samym miejscu. Dzieciaki biegające pomiędzy słupami wody i głosy ich mam nawołujące, by trochę się opamiętały, bo będą całe mokre. Głośny śmiech dziewczynki na wózku, którą tata wwiózł w sam środek zabawy i potem trzeba było jej wykręcać sukienkę. Na rozgrzewkę narzucono jej koszulkę taty, który musiał paradować w samych spodniach. Malowniczo musiała wyglądać ta chmara dzieci, roześmiana dziewczynka na wózku, mama z dużym brzuszkiem i tata bez koszulki. Szli potem wszyscy razem przez letnie miasto, a domy i drzewa uśmiechały się do nich, rozbawione.

Bo Toruń jest czarujący. Zechciał mnie porwać, a ja się nie opierałam. Już od momentu, gdy na dworcu czekała AB ze swoim zniewalającym uśmiechem, zabierając mnie natychmiast na wycieczkę autobusowo-tramwajową. W jednej chwili straciłam poczucie czasu i kierunków, co akurat zdarza mi się dość rzadko. Znalazłam się w świecie, gdzie życie trudne i wymagające przyjmuje się z takim samym spokojem, jak przyjmowałoby się to łatwe i przyjemne. Gdzie słowa „niepełnosprawność” i „upośledzenie” odmienia się przez wszystkie przypadki, przeplatając jeszcze takimi pojęciami jak „rodzina zastępcza”, „wielodzietność” i „nowy człowiek”. I wszystkie one tworzą jedną spójną opowieść o ludziach, którzy dali się wciągnąć w ten wir i ponieść wzburzonej wodzie. A jednak opisane wszystko ot tak, jakbyśmy rozmawiały o codziennych zakupach.
- Czasem jest mi bardzo ciężko – wyznała AB. – Ale nie umiem zrezygnować. Zaczęłam, to doprowadzę do końca, to chyba moja wada.
Pomyślałam o dzieciach, które tutaj mają dom i stwierdziłam, że określenie „wada” zdecydowanie mi nie pasuje. Nawet jeśli one nie docenią, jeśli wdzięczność przyjdzie dopiero tam, po drugiej stronie, gdzie nie będzie już czasu. To był wieczór, stałyśmy w kuchni wymieniając życiowe uwagi. Wieczór, pewnie październikowy, ale godziny już nie pamiętam.

 

- Ile będzie trwało to spotkanie? – spytała M., szefowa stowarzyszenia.
Opisałam swoje plany, ona pokiwała głową, uspokojona. Potem zaczęłam troszkę mówić, a potem nagle zegar przywołał mnie do porządku. Zdążyłam zapomnieć o jego istnieniu, bo rozmawiałyśmy właśnie z przybyłymi dziewczynami o tym, jak niedawne wydarzenia są dla naszych dzieci prehistorią. O tym, że czasem wspominamy rzewnie „dawne sprawy”, które przecież miały miejsce dziesięć lat temu zaledwie. O tym, że niektóre przedmioty w ciągu ostatnich kilku lat zdążyły przejść już do historii. W tamtym momencie uważałam, że tam właśnie jest też miejsce zegara – bo nie pozwolił wybrzmieć chwili do końca.

 

Brzmiała więc nadal, gdy siedziałam przy fontannie, zbierając w myślach wszystko, co wydarzyło się – no właśnie, kiedy? W ciągu ostatnich dwóch dni czy lat? Od momentu, gdy zobaczyłam dwa konie i pług do teraz, gdy siedziałam w centrum Torunia otoczona zapachem wody, kolorami wody i muzyką wody. Za chwilę bowiem trzeba będzie się pożegnać. Chowałam powoli do szufladek pamięci piękną, kameralną Starówkę z dwoma rynkami, ratusz puszący się dumnie na jednym z nich (jakby był trochę za duży dla tego ciasnego otoczenia) i mury z czerwonej cegły odgradzające historię od całkiem współczesnej drogi, rzeki, mostów. W torebce szeleściła mi paczka prawdziwych toruńskich pierników, a w plecaku czekały kanapki przygotowane przez J. na dalsza drogę.
- Teraz, gdy ktoś mnie zapyta, gdzie jest mój dom, odpowiadam, że w Toruniu – tłumaczyła J., która w ciągu tygodnia bywa w trzech różnych miastach, a na weekendy jeździ do rodziców na wieś. – Chyba się nie dziwisz, że wolę mieszkać tu niż w Warszawie?
- Dziwię się każdemu, kto chce mieszkać w Warszawie – odparłam, przepraszając w myślach te wszystkie osoby, które tak lubię i których tak nie rozumiem.

 

Siedząc już w PKS-ie, otworzyłam w ciemności półprzytomne oczy. Wyglądało, że jedziemy przez jakąś niewielką mieścinę na Kujawach. Za szybą majaczył ciemny rynek, obsadzony wokół starymi drzewami, a na jego środku wytryskiwała… fontanna. Taka sama, chowająca się w płytach chodnikowych i kolorowa. Pomyślałam, że albo znów czas mnie wyprzedził, albo ja się zgubiłam gdzieś w kosmosie. Ułożyłam się więc wygodniej na fotelu i postanowiłam doczekać do celu podróży. Wiedziałam, że w domu czeka na mnie zegarek i kalendarz i tysiąc spraw do poustawiania we właściwej kolejności. Tutaj wszystkie minuty stoją w grzecznym szeregu i nie zamieniają się miejscami. No chyba, że piszę.

 

 

 

 

 

 

Tagi wpisu: spotkania
« powrót

Dodaj nowy komentarz

  • kawusiowa5 12:43, 19 października 2012

    Pani Łyżeczko, czy to był Inowrocław? To miasteczko na Kujawach? A Kujawy też są piękne. Mimo eurowiatraków i rozkopanej autostrady.
    Książkę skończyłam czytać i postaram się wkrótce na bloga wrzucić. Na razie powiem tyle: jest genialna. Obie strony :)

    Odpowiedz
  • Pani Łyżeczka 13:13, 20 października 2012

    Dziękuję :) Właśnie miałam szukać tego kawusiowego bloga, bo jakoś nie mam go w polecanych.
    Nie wiem, to chyba było dalej niż w Inowrocławiu. Ale z drugiej strony siedziałam w ciemnym autobusie, czas gdzieś tam przeciekał, obrazy przesuwały się przed na wpół zaspanymi oczami... to mogło być wszędzie :)

    Odpowiedz
  • AK 12:52, 19 października 2012

    Bardzo ciekawe rozważania nad czasem :)

    Pozdrawiam
    AK

    Odpowiedz
  • Pani Łyżeczka 13:13, 20 października 2012

    Mam nadzieję, że u Was czas płynie spokojnie i nie wariuje :)

    Odpowiedz
  • wadera 22:44, 19 października 2012

    Pani Łyżeczko, jak cudnie miesza Pani czas! Dom... takie krótkie słowo, a takie pojemne. Są ludzie, którzy mają DOM w sobie. I bez względu na to, jak trudne było wczoraj, co przyniósł mijający dzień i ile jest do zrobienia jutro, znajdą czas na filiżankę kawy (herbaty), upieczenie bułeczek i wysłanie paczki z niepotrzebnymi już ciuszkami do mamy, która ich własnie potrzebuje. Skąd bierze siły AB? Nie wiem... Jest jak ...rzeka. Wzburzona w czas ulew czy ciurkająca cienkim strumieniem w czas upałów - płynie... Zawsze do przodu. Dziękuję za piękne słowa o mojej AB i jej rodzinie. Mama

    Odpowiedz
  • Pani Łyżeczka 13:15, 20 października 2012

    Pani Mamo, dziękuję za ciepłe słowa i pozdrawiam serdecznie.
    Bułeczki są rzeczywiście rewelacyjne, a pani porównanie do rzeki - bardzo trafne. Chciałabym kiedyś móc tak pisać o moich Pannach.

    Odpowiedz

Wyszukiwarka

RSS
Darmowe strony internetowe dla każdego