Gdy dom jest światem
Blog Pani Łyżeczki

Codzienność posrebrzana

Światło i cień

2015-02-21 23:22:03, komentarzy: 13

W pierwszej połowie listopada pogoda nad polskim morzem była niemal majowa. Słońce stało wysoko i świeciło raźno, a gdy nawet trochę przedwcześnie chowało się za przymglonym horyzontem, pozostawiało po sobie ciepło i cichy spokój. W poniedziałkowe przedpołudnie siedzieliśmy z Panem Łyżeczką na tarasie kawiarni zbudowanej na krótkim molo w Ustroniu Morskim. Z wysokich szklanek sączyliśmy gorącą kawę. Pod naszymi nogami na zielono i granatowo połyskiwała przejrzysta woda. Powietrze, przesycone jodem i pachnące, sprawiało wrażenie, jakby można było się nim nasycić nie mniej niż jedzeniem. Rowery, przypięte do barierek mola, czekały niecierpliwie, by zabrać nas jeszcze bardziej na wschód, jak najdalej od zatłoczonej plaży Kołobrzegu.

 

- Właściwie jestem rozczarowana – oświadczyłam. – Sądziłam, że wreszcie zobaczę te ogromne fale wdzierające się przy jesiennym sztormie na plażę. A tu co? Może jak jeziorko, słoneczko i cisza.

 

Pan Łyżeczka tylko się uśmiechnął pod wąsem.

 

Tak naprawdę wcale nie byłam rozczarowana. Byłam zwyczajnie szczęśliwa. Tak, jak jest się wtedy, gdy wiadomo, że wszystko toczy się we właściwą stronę. Że te trzy dni, wyrwane cudem po trzynastu latach czekania, są tak naprawdę jednym wielkim prezentem od Opatrzności i dobrych ludzi, którzy właśnie zapewniają fantastyczne rozrywki naszym dzieciom. Gdzieś tam, blisko codzienności, a daleko od tego pachnącego powietrza, od kawy, rowerów i zbyt spokojnego morza. Wiedziałam, czułam gdzieś podskórnie, że ten jasny czas został nam podarowany jakoś wyjątkowo.

 

Siedząc na rozświetlonym molo i patrząc na błyski słońca w wodzie myślałam o tym, że zwykle wraz z wielkim światłem przychodzi wielki cień. Muszę nasycić się słońcem, żeby je zapamiętać. Muszę zachować to uczucie, że jestem otoczona opieką i miłością, że ktoś tu podarował specjalnie dla mnie ten piękny czas, żebym nigdy nie zwątpiła. Bo niedługo nadejdzie ciemność i wspomnienie tego pięknego dnia będzie miało dodawać mi sił. Już wkrótce, gdy nadejdą dni trudne i ciemne. Wiedziałam.

 

***

Cień nadszedł. Pojawił się, jakby od niechcenia, wraz z rzuconą prawie niefrasobliwie uwagą: „jutro idę do szpitala, na badania”. Próbowaliśmy go zbagatelizować przypuszczeniami, że to może nic takiego. Że może jakiś przykurcz albo stan zapalny. Ale czy można zagadać ciemność?

 

Zaczął panoszyć się nam w życiu, wdzierał się w każdy najgłębszy zakamarek. Chichocząc złośliwie, udowadniał nam, że nie ma przed nim ucieczki. Dopadł mnie nawet na placu zabaw, gdy pytałam przez telefon o diagnozę. Nowotwór. Z przerzutami. I mam się tak nie martwić, bo na pewno wszystko będzie dobrze, trzeba w to wierzyć.

Trudno się prowadzi zwykłe życie, gdy człowiek bez przerwy potyka się o własny cień. A może nawet bardziej o cudzy, ten z przerzutami. Bo trzeba normalnie dalej dzieci do szkoły wyprawiać i zawozić, bo trzeba normalnie obiad ugotować i wywiesić pranie. A przecież nic już nie jest normalnie, gdy Pan Łyżeczka tak często znika z domu. Gdy wciąż zastanawiamy się, co będzie dalej…

 

Cień rozsiadł się nam przy wigilijnym stole. Próżno go odganialiśmy, tłumaczyliśmy, że wolne miejsce nie dla niego. I tak zawładnął całym pokojem. Widzieliśmy go w przygaszonych, zmęczonych chorobą oczach. Nie pozwolił nam kolędy nawet zaśpiewać, bo głos nie mógł jakoś przejść przez gardło. Spływał Panu Łyżeczce po policzkach obfitymi strumieniami. Trzeszczał głośniej niż łamany opłatek. Próbował nawet zagłuszyć te kilka miłych słów, które dałyśmy jednak radę wymienić. I zazgrzytał mocno w kolejnym przekonywaniu, że musi być dobrze. Przecież wiedziałam, że już nie będzie.

 

Ogarniał kolejne miejsca, wdzierał się wszędzie. Kładł się za plecami Panny Ł., gdy zwinięta w kłębek popłakiwała na kanapie. Pojawiał się w smutnych oczach Chłopczyka J., marudzącego, że on chciałby się jednak pobawić z Babcią. Wyskakiwał ze zdenerwowanych uwag Panny T., która marzyła, żeby wszystko było znów normalnie. Żeby nie trzeba było stale się martwić i przejmować, tylko zająć się jej szkołą. Straszył nagle z zeszytu Chłopczyka S., bo tam widniał wierszyk przygotowywany na Dzień Babci i Dziadka. Przecież Chłopczyk S. nie da rady go powiedzieć…

 

Tymczasem cień zaprowadził nas do szpitala. Rozrósł się tak szybko i gwałtownie, że już zupełnie nie potrafiliśmy go ogarnąć. Zabierał kolejno wszystkie nadzieje, począwszy od tej na leczenie. Wciąż słyszeliśmy tylko: za późno.

 

Tylko jako synowa, dodatkowo dostawałam ciągle upomnienie: „jedź do domu, dzieci cię potrzebują. Tu jest opieka, tu nic nie trzeba. Jedź, zajmij się nimi”. Jak zawsze, nawet w takiej chwili, nie myśli się o sobie, tylko o nas, o dzieciach…

 

I jeszcze w tym cieniu, gdy już wiedzieliśmy, dokąd nas zaprowadzi, już wtedy zaczynaliśmy tęsknić. Dzieci tęskniły zwyczajnie: za Babcią, która zawsze na nich czeka. Za tą, która chętnie ich przekarmi i przegrzeje, zajmie książką albo grą. Która nic nie zrozumie i zawsze pocieszy, że na pewno wszystko dobrze się skończy. Z którą pójdą znów do teatru. Ja, paradoksalnie, zaczęłam tęsknić za wszystkim, co mnie dotychczas denerwowało. Nawet nie wiedziałam, że tyle zwykłych drobiazgów może przeszkadzać synowej. I że potem tak bardzo ich brakuje. Tak jak brakuje każdego dobra, które zwykle otrzymuje się w nadmiarze, a tu nagle ktoś wstrzymuje dostawę. Tęsknił Pan Łyżeczka, choć przecież nie mówił…

 

***

W połowie stycznia, kilka minut po szóstej rano, zadzwonił telefon. Pan Łyżeczka chciał mi przekazać wiadomość, której i tak się spodziewałam. Wstałam więc i poszłam na górę, do dzieci. Obsiadły mnie zaraz, jedne płacząc głośniej, inne ciszej. Tylko Chłopczyk J., jako ten najmniejszy, wyskoczył jak torpeda z łóżka, wpakował mi się na kolana i wykrzyknął:

 

- Hura, hura! Babcia A. jest już w niebie! I widzi Pana Jezusa i Matkę Bożą! I widzi świętą Teresę z Avila i świętego Tomasza More i nawet ojca Beyzyma! Ale i tak chciałbym się z nią pobawić… – zreflektował się. – To teraz będę musiał bawić się z dziadkiem.

 

***

Najmniejszy Chłopczyk, a najwięcej rozumie. Wie dobrze, że ten cień, który nas ostatnio ogarnął, to tylko… cień. Znak, że właśnie pojawiło się ogromne światło. Widzi je tylko ta osoba, która przeszła na drugą stronę. My jeszcze pozostaliśmy po stronie cienia, ale możemy być pewni, że skoro jest on tak wielki, to pada od potężnego światła. Większego, niż to nad morzem – tamto miało być tylko lampą, która przeprowadzi nas przez cienistą dolinę. Przypomnieniem, że jest Ktoś, kto czuwa. Kto sam jest światłem takim, że nie potrzeba już innego. Kto ześle swoje promienie, gdy przyjdzie właściwy czas.

 

***

Dla niej właściwy czas już przyszedł. Przez zielone witraże wpadły do kościoła promienie słońca i oświetliły trumnę w momencie, gdy śpiewaliśmy pieśń o powrocie do domu. Mniej więcej przy słowach:

 

„Nie karz mnie za to zbyt surowym sądem,

rozpoznaj Ojcze, swoje dziecko we mnie.”

 

 

Mam tę pewność, że rozpoznał.

 

« powrót

Dodaj nowy komentarz

  • Pani Łyżeczka 23:28, 21 lutego 2015

    PS. Myślę, że treść wpisu sama tłumaczy, dlaczego tak długo trzeba było na niego czekać. Dojrzewał.

    Odpowiedz
  • Katia 12:51, 22 lutego 2015

    Tulę.

    Odpowiedz
  • Pani Łyżeczka 22:56, 22 lutego 2015

    Dziękuję :)

    Odpowiedz
  • Basia 20:45, 23 lutego 2015

    Nie wiem kochana co mogłabym napisać. Modlę się i za Teściową i za Teścia. Piękny ten post.....

    Odpowiedz
  • Pani Łyżeczka 7:34, 24 lutego 2015

    Basiu, to, co robisz, to właśnie najwięcej jak można. Dziękuję Ci.

    Odpowiedz
  • Rut 13:42, 4 marca 2015

    Wiem Łyzeczko jaki to cień. Wciąż go pamiętam, choć minęło juz ponad 10 lat od śmierci taty. Powoli zdejmuje się ten płaszcz cienia z pleców. A potem...nagle zaczynasz rozumieć to , co dzieci widzą od razu - że teraz oni są nawet bliżsi nam niż byli za życia. Są blisko, szczęśliwi, oczekujący, pełni. Rut

    Odpowiedz
  • Pani Łyżeczka 23:04, 7 marca 2015

    Tacy, jak we śnie, który ostatnio miałam: siedziała uśmiechnięta, otoczona dziećmi i mówiła, że już nie choruje :)

    Odpowiedz
  • Daniel 8:49, 5 marca 2015

    Trzymajcie się.

    Odpowiedz
  • Pani Łyżeczka 23:04, 7 marca 2015

    Dzięki, Danielu.

    Odpowiedz
  • Asia G. 19:42, 19 marca 2015

    Aga, ja mam właśnie termin porodu na pierwszą rocznicę śmierci mojego Taty - najlepszego Dziadka pod słońcem. Dziecięca wrażliwość na Wieczność mi osobiście bardzo pomaga. Asia G.

    Odpowiedz
  • Pani Łyżeczka 14:47, 18 kwietnia 2015

    Bo dzieci wszystko przyjmują ot tak, po prostu. Tylko my mamy wiecznie w głowie jakieś "ale".
    Wasz Maluch będzie miał dobrego opiekuna w niebie :)

    Odpowiedz
  • Basia 12:44, 16 kwietnia 2015

    Każde słowo nie takie jakie bym chciała powiedzieć, bo za małe.
    Dziękuję!
    I obiecuję +

    Odpowiedz
  • Pani Łyżeczka 14:47, 18 kwietnia 2015

    Dziękuję :)

    Odpowiedz

Wyszukiwarka

RSS
Darmowe strony internetowe dla każdego