Gdy dom jest światem
Blog Pani Łyżeczki

Codzienność posrebrzana

Poradnik wychowawczy Pani Łyżeczki

2014-02-02 22:53:12, komentarzy: 8

Super mama. Tak, tak, Pani Łyżeczka na pewno wie najwięcej o wychowywaniu dzieci, skoro ma ich czwórkę i umie o nich ładnie napisać. No i nigdy nie opisuje swoich porażek wychowawczych, więc na pewno ich nie ma. Podobnie jak tych wszystkich innych trudności, o których nie pisze. Proste to, jak budowa nieskomplikowanego urządzenia młócącego.


- Mamo, a kiedy ty dostałaś pierwszą komórkę? – zagadnęła Panna T., lekko błagalnym tonem.
Roześmiałam się w głos. Jak opisać dziecku świat, w którym nie istnieją telefony komórkowe, internetowy rozkład jazdy autobusów (tak, tak, trzeba przejść się na przystanek, by go sprawdzić) oraz aparaty pokazujące zdjęcie tuż po pstryknięciu? Jak taki świat w ogóle mógł trwać i nie zawalić się? Czy trzymała go przy życiu jedynie nadzieja, że kiedyś wreszcie będzie normalnie?

 

- Pierwszą komórkę kupiliśmy razem z tatą, już po ślubie – rozpoczęłam żmudne wyjaśnienia. – Tata jeździł wtedy na studia i wracał czasem późno w nocy. Kiedyś zadzwonił z Bydgoszczy, że będzie w Katowicach o 23 i mogłabym wyjść po niego na dworzec. Wyszłam, a on nie wysiadł z pociągu, którym miał przyjechać.
- To nie mógł zadzwonić?
- Nie mógł, bo nie miał skąd. Jeden pociąg się spóźnił, na drugi nie zdążył i ostatecznie jechał w lokomotywie jakiegoś pociągu towarowego. Do domu dotarł nad ranem, ale nie miał jak mnie zawiadomić. Możesz chyba sobie wyobrazić, jak się o niego martwiłam. Dlatego potem kupiliśmy pierwszą komórkę.
- Ale dlaczego nie wcześniej?
- Bo nie sądziliśmy, że w ogóle może nam być potrzebna.

 

Zabiłam w niej nadzieję. Panna T., czyniąca raz po raz podchody, rzucająca niewinne pytania, zagadująca od niechcenia – ta właśnie Panna T. nie przypuszczała, że ktoś mógł nie mieć telefonu i nie wiedzieć, że przydałby mu się taki sprzęt. Bo Panna T. wprawdzie nie ma, ale doskonale wie, ile przez to traci.

 

Z rozmowy tej wyszłam przekonana, że dobrze zakończyłam temat. Wydaje się, że Panna T. została z myślą, iż temat bardzo dobrze rozpoczęła.

 

Wcześniej zapowiadaliśmy jej, że telefon dostanie, gdy skończy czternaście lat. To jest już wiek, kiedy człowiek nabiera tyle rozumu, by nie traktować urządzenia jak zabawki. Poza tym zaczyna mieć swoje sprawy do załatwienia w wielkim świecie, własną sieć kontaktów i osoby, z którymi chce się umawiać. Tak sądziliśmy.

 

Tymczasem okazało się, że sprawy, kontakty i osoby pojawiają się dużo wcześniej. Jedenastolatki umawiają się na spotkania, dzwonią do siebie w sprawie lekcji oraz informują rodziców, gdzie są i kiedy wrócą. Telefony stacjonarne odchodzą w niepamięć, a dzwonienie na komórkę cudzych rodziców (z komórki własnej mamy) trochę jest krępujące.

 

Na dodatek jest jeszcze popołudniowa szkoła muzyczna, do której jedenastolatka mogłaby już jeździć sama, gdyby był z nią jakiś kontakt. I to stało się głównym argumentem. Oczywiście tylko w rozmowie między rodzicami, ale informacja ta jakoś szybko wyciekła.

 

Panna T. jest mistrzynią w zdobywaniu tego, na czym jej zależy. Przyzwyczailiśmy się już, że gdy któreś z rodzeństwa dostanie jakiś ciekawy prezent, musimy wzmóc czujność. Bardzo szybko bowiem okazuje się, że przedmiot ten jest absolutnie niezbędny Pannie T. i że właśnie braciszek lub siostra z dobrego serca jej go oddali. Nasza rola polega więc na przewidywaniu tego rodzaju podstępów i zapobieganiu im w miarę możliwości.

 

I tak wydawało nam się właśnie, że jesteśmy bardzo przewidujący, sprytni i czujni. Doskonale znamy własną córkę, a i ona wie, że nie z nami takie numery. Że kogo jak kogo, ale nas na pewno nie uda się Pannie T. wywieść w pole. Niestety, nie zastanowiliśmy się, ilu rodziców przed nami żyło w równie błogim przekonaniu.

 

Co się okazało? Ledwie zdecydowaliśmy, że dziecko potrzebuje jednak telefonu, ledwie ustaliliśmy plan działania, a już po kilku dniach dzielna zdobywczyni stała się posiadaczką upragnionego sprzętu. Wystarczyło kilka niewinnych pytań rzuconych przy byle okazji (najlepiej, gdy mama jest zajęta i odpowiada mimochodem), kilka sprytnych posunięć i oto dziecko stało już przed tatą z telefonem w ręku i pokazywało mu, jaką ma tapetę, dzwonek i animację pokazującą się w czasie włączania aparatu. Na pocieszenie została nam tylko myśl, że to my zdecydowaliśmy, że dziecko potrzebuje telefonu, my postanowiliśmy, w jaki sposób odpowiemy na tę potrzebę oraz trzymaliśmy się ustalonego planu. Z grubsza w każdym razie.

 

Może marna to pociecha, ale tylko ta nam została.

 

I to byłoby właśnie ostatnie zdanie mojego poradnika wychowawczego. Takimi sprawami niech się jednak zajmują inne super panie.

« powrót

Dodaj nowy komentarz

  • blazio 3:24, 3 lutego 2014

    Tak myślałem. Pod względem telefonu komórkowego Panna T. ma na północy Polski swoją kopię. Pozdrawiam

    Odpowiedz
  • blazio 3:24, 3 lutego 2014

    I dziękuję za odpowiedź na komentarz spod wcześniejszej notki. :-)

    Odpowiedz
  • Rut 16:02, 3 lutego 2014

    Nasza panna, dziś już prawie 14-letnia, od dobrych trzech lat ma swoją komórkę, choć zarzekaliśmy się z mężulkiem - zupełnie teoretycznie - że dostanie jak będzie miała lat 16!!!Przebiliśmy stawkę:) Po pewnym czasie jednak teoria kazała nam dojrzeć do decyzji szybszego sprawienia dziecku sprzętu, bo nasza panna należy do ZHR-u, a tam głównym kanałem przekazywania sobie wici jest komórka. Wici muszą rozejść się błyskawicznie!!!:)I wiesz co Łyżeczko, nie uważamy tego za naszą porażkę wychowawczą, raczej za naukę, że konsekwentnym można być i należy jak się ma już wszystkie dane - nie tylko teoretyczne "jak być powinno", ale też praktyczne "jak jest". I tak to przy okazji tej historii my też zmądrzeliśmy, by nie trzymać się uparcie swego:)

    Odpowiedz
  • mirek 17:01, 3 lutego 2014

    i skąd ja to znam?

    Odpowiedz
  • Bożena 10:03, 6 lutego 2014

    A to ciekawe, że u nas szkoła muzyczna również przeważyła decyzję o komórce.

    Odpowiedz
  • Basia 21:55, 24 lutego 2014

    Ha moja droga, a co powiesz na zakładanie profilu na FB przez dziecko? Wiem, wiem - zgodnie z regulaminem od 13. roku życia. A tymczasem nawet Liturgiczna Służba Ołtarza wici wymienia właśnie przez fb, szkoła tańca tylko tam daje ogłoszenia, a harmonogram koszykówki "wywieszany" jest w grupie na fb. I bądź tu rodzicu zasadniczy. ;)

    Odpowiedz
  • blazio 14:23, 4 marca 2014

    Pani Łyżeczka ostatnio milczy. Mam nadzieję, że nie jest to wynikiem poruszania problemów wychowawczych na blogu (a - jak sama zauważyła - ów problem wychowawczy może również zostać czytelnikiem bloga...)

    Korzystając z większej anonimowości (mój problem wychowawczy - I kwartał 2003 - tak szybko tu nie dotrze :-) przedstawiam swoje zdanie:

    fb jest od 13. roku życia. Córka założyła sobie facebooka z pomocą koleżanki, jednak zmieniłem jej hasło i odblokuję w 13. urodziny.
    Ja sam nie mam facebooka jednak wynalazłem kilka sposobów na regularne sprawdzanie zamieszczanych na nim wiadomości szkolnych, klubowych, stowarzyszeniowych i innych. Jeżeli będzie taka potrzeba, to samo polecałbym dziecku.

    Do wymiany prywatnych wiadomości radzę dziecku stosować e-mail. Przy czym gmail również jest od 13. roku życia, więc do tego czasu, to ja jestem prawnym właścicielem konta (zakładając podałem swoje dane, tylko imię Dziecka). To też zmieni się w 13. urodziny.

    Taki jest plan.

    blazio, troje dzieci

    Odpowiedz
  • Sosenka 13:55, 6 marca 2014

    Zaradna młoda kobieta!

    Odpowiedz

Wyszukiwarka

RSS
Darmowe strony internetowe dla każdego