Gdy dom jest światem
Blog Pani Łyżeczki

Codzienność posrebrzana

O jabłoni, która rośnie, gdzie chce

2014-08-04 23:23:45, komentarzy: 6


- Elektrociepłownia Szombierki! – usłyszałam za plecami głosy, które niemal z namaszczeniem wypowiadały te słowa. Wprawdzie każdy dzieciak w pociągu dobrze wiedział, na co patrzy, ale i tak nie omieszkał tego wypowiedzieć głośno pod adresem reszty podróżnych. Ucieszyłam się z takiego stanu rzeczy, bo ja nie wiedziałam, że to właśnie Szombierki. Ale trzeba przyznać, że na początku XX wieku ludzie jeszcze umieli budować pięknie, nawet obiekty przemysłowe.


- Szkoda, że nie przyjechałaś tutaj z tatą – odezwałam się do Panny T. – on by mógł ci więcej wyjaśnić.
- Nie chcę jeździć na wycieczki z tatą – oświadczyła stanowczo.
- Ale dlaczego?
- Bo nie. Raz już byłam – ucięła krótko i znów przymknęła oczy.

 

Tymczasem ludzie naokoło nadal rozmawiali, wymieniając uwagi na temat różnych ruin mijanych po drodze. Dziwnie brzmiała mi w uszach ta mowa: niby używali słów charakterystycznych dla gwary śląskiej, ale wymawiali je dużo bardziej miękko, niemal śpiewnie. Ślązacy zazwyczaj mówią twardo, nisko modulując głos. Dopiero po jakimś czasie zdałam sobie sprawę, że przecież w Bytomiu Ślązacy i Kresowiacy wymieszali się, tworząc w ten sposób taki dziwny twór językowy.

 

Patrząc na ten kolorowy tłumek zebrany w ciasnych wagonikach kolejki, pomyślałam o statku do Młocin. Ludzie jadący niedzielnym przedpołudniem nad zalew uzbrojeni byli w kocyki i torby pełne prowiantu. Całymi rodzinami obsiadali drewniane ławeczki, przekrzykując się przez głośny turkot kół na krzywych torach.

 

- Zobacz, kamieniołom – próbowałam zainteresować Pannę T.
- Nuuuda – westchnęła. – U nas mieście też jest kamieniołom.
- Ale nie tak duży jak ten.
- No to co? Już widziałam w życiu kamieniołom…. – znów zapadła w drzemkę.

 

Jechałam więc dalej, przyglądając się kolejnym mijanym ruinom, betonowym ośrodkom zalanym do połowy wodą i ciasnym familokom, których odnowione fasady mocno kontrastowały z torami pełnymi starych wagonów, z których tu i ówdzie wyrastały już drzewa. Dziwna mieszanina świata zawieszonego w pustce. Mijaliśmy te nierzeczywiste lekko miejsca, przedzieraliśmy się przez krzaki albo przeciskaliśmy przez ciasne tunele. Młodzież wystawiała ręce, by dotknąć betonowych ścian, koła skrzypiały przeraźliwie, a lokomotywa zwalniała biegu, jakby kolejarz obawiał się, że może zgubić któryś z wagoników. A potem nagle wjechaliśmy na wspaniały równiutki mostek biegnąc nad autostradą.

 

Dziwne to miejsce, o którym w zasadzie słyszy się tylko w czasie przeszłym. Tak samo jak te tory, przypominające czasy słusznie minione, gdy były częścią ważnej sieci komunikacyjnej w prężnie działającym ośrodku przemysłowym. W oczy rzuciły mi się pojedyncze drzewa owocowe wyłaniające się raz po raz spośród wysokich traw, krzaków, a nawet drzew leśnych. Właściwie cała trasa kolejki była nimi usiana. Szybko zrozumiałam, że to raczej nie są pozostałości po dawno opuszczonych gospodarstwach. Oczyma wyobraźni zobaczyłam nasze wagoniki, w których zamiast kolorowego tłumi piknikowego jedzie szara grupa robotników – trochę śląskich, trochę kresowych. I zamiast pożywiać się kanapkami z grilla, zajadają owoce, po których pestki i ogryzki rzucają gdzieś daleko, na boki. Pewnie nawet nie myślą o tym, że coś może z nich urosnąć na tej ziemi zagarniętej przez ciężki przemysł.

 

Było mi trochę żal, że Panna T. tego wszystkiego nie widzi. Siedziała z przymkniętymi oczami, jakby nic na świecie już nie było ciekawe. Zastanawiałam się, gdzie się podziała ta malutka dziewczynka, które mając niespełna rok pierwszy raz zanurzała swoje pulchne rączki w leśnym strumyku. Śmiała się głośno do promieni słońca skaczących razem z drobnymi falami po kamieniach. Wszystko było wtedy zadziwiające i piękne. Troszkę szkoda mi tamtego czasu.

 

A przecież sama tę wycieczkę wymyśliła. Stworzyliśmy w rodzinie taką małą tradycję, że co roku w wakacje każde dziecko otrzymuje jeden „dzień dziecka i rodzica”. Może sobie wybrać, dokąd i z kim pojedzie na wycieczkę i ma wtedy całego rodzica tylko dla siebie przez cały dzień. Ponieważ wszyscy polubiliśmy ten zwyczaj, wciąż go kultywujemy. Tym razem więc Panna T. wymyśliła kolejkę wąskotorową. Ale zamiast podziwiać okolicę, postanowiła podrzemać.

 

Jednak pytana później, czy jest zadowolona z wycieczki, odpowiadała, że bardzo. Wzięła od pana rozdającego na peronie materiały reklamowe mapę zabytków techniki województwa śląskiego. Przestudiowała ją dokładnie, posłuchała jednym uchem moich uwag, wyjaśniła, gdzie już sama była i wreszcie zdecydowała:
- Za rok jedziemy do Muzeum Produkcji Zapałek do Częstochowy.

 

W porządku. Tak zrobimy.

 

Pomyślałam, że Panna T. jest trochę jak ta jabłoń przy trasie kolejki. Zadowolona jest i zaciekawiona światem pod warunkiem, że pozwoli się jej rosnąć gdzie chce i jak chce. Trochę na gruzach, trochę na przekór. Trochę odrzucając wszystko to, co rodzice jej proponują. I nawet będąc pewną, że w tym dzikim miejscu przy torach znalazła się zupełnie z własnego wyboru. Zapominając, że przecież ktoś musiał rzucić kiedyś tę pestkę, z której wyrosła. Niech jej tak będzie. W zasadzie rola obserwatora i cichego towarzysza też mi odpowiada.


- Patrzcie, Szombierki! – w drodze powrotnej elektrownia nadal wzbudzała w pasażerach te same ciepłe odczucia. Panna T. otworzyła oczy i pozwoliła zrobić sobie kilka zdjęć na tle czerwonej budowli z wysoką wieżą zegarowa i trzema kominami. Może po prostu nie zauważyła, że wpisuje się tym samym w mój pomysł? A może trochę jeszcze jest małą dziewczynką, która pozwala, by jej pokazywać górskie strumyki?

« powrót

Dodaj nowy komentarz

  • Rut 0:31, 6 sierpnia 2014

    piękne Łyżeczko:) One po prostu są już jabłoniami i rosną jak chcą i -choć czasem nas to niepokoi - na pewno rosną w stronę słońca. Moja Panna strasznie daleko. Przeżywa kryzys beze mnie u boku. Dorośleją.Rut

    Odpowiedz
  • Pani Łyżeczka 21:32, 7 sierpnia 2014

    Wiesz, Rut, to doroślenie bywa nawet zabawne, gdy kieruje się sobie tylko znaną logiką. Gdy jednocześnie chce się oderwać od rodziców i przeżywa kryzysy, gdy akurat ich braknie. Ciekawe to jako zjawisko samo w sobie.

    Odpowiedz
  • Rut 19:35, 14 sierpnia 2014

    bo człowiekowi się chyba na początku wydaje, że być niezależnym to też być niezależnym od miłości;)

    Odpowiedz
  • Pani Łyżeczka 21:58, 15 sierpnia 2014

    Od czegoś trzeba zacząć. Z czasem pewnie się nauczy, co warto odrzucać, a czym lepiej się cieszyć. Mam nadzieję.

    Odpowiedz
  • Almanzor 1:00, 23 października 2014

    O! Jak dobrze jest w Twoich tekstach :)
    (-)Almanzor

    Odpowiedz
  • Pani Łyżeczka 21:48, 2 listopada 2014

    Almanzorze! Zajrzałeś i tu :)

    Odpowiedz
Kreator www - przetestuj za darmo