Gdy dom jest światem
Blog Pani Łyżeczki

Codzienność posrebrzana

Niebezpieczna literatura

2013-11-03 22:26:56, komentarzy: 10

 

Zdawało mi się kiedyś, że nie ma bezpieczniejszego sposobu na dobre zajęcie dla dzieci, niż czytanie. Najpierw wspólne, głośne, potem coraz częściej ciche, ale za to całymi wieczorami (Panna Ł.) lub w zasadzie całą dobę (Panna T.). Ci, którzy jeszcze nie czytają, przeglądają książki, czasem recytując pod nosem zdania, jakie zapamiętali ze wspólnej lektury.

-Mamo, co to jest? – pyta czasem Chłopczyk J.
- Lokomotywa.
-Molokotywa? Ciężka, ogromna i pot z niej spływa tłusta oliwa?
- Tak, synku, to jest lokomotywa – potwierdzam.
- Żar z rozgrzanego jej brzucha bucha?
- Tak, Chłopczyku.
- A policzymy wagony jeden dwa cztery pięć siedem?
- Dobrze – mówię z lekkim westchnieniem, porzucając jakąś absolutnie pilną pracę i podchodzę do ciekawskiego dwulatka. Policzymy razem.

 

Ale literatura służy nie tylko do odciągania mamy od ważnych zajęć. Może być równie niebezpieczna, gdy staje się pretekstem do przytulania. Albo do kłótni i bijatyk, w których centrum dziwnym trafem znajduję się ja (i pewnie ja najwięcej obrywam). Skaczą więc wszyscy po kanapie, przeciskając się i kłócąc, kto pierwszy powinien usiąść obok mamy. Chłopczyk J. uważa nawet, że tylko jemu należy się przytulanie, bo przecież mama jest jego. I pomimo prawdziwego zagrożenia dla matczynego zdrowia, to wspólne czytanie jakoś nie chce przejść do historii. Tylko Panna T. coraz częściej działa na dwa fronty: siedzi z nami w kuchni, może nawet na kanapie, ale z nosem we własnej książce.
- I tak słyszę i zapamiętuję obie – twierdzi uparcie.

 

Z pomocą literatury można też niestety dowiedzieć się jakiejś prawdy o sobie, niekoniecznie pochlebnej. Ostatnio dzieci dorwały książkę, której nie zdążyłam jeszcze ja przeczytać i już znają ją na pamięć. A ponieważ pełna jest śmiesznych zdań i wierszyków, nagle zaczęły sypać nimi jak z rękawa. Na przykład jest tam bajka, w której chłopiec wypowiada wierszyki-zaklęcia, wszystkie zaczynające się od „Pomidor, pomidor (plus coś do jedzenia)”. I tak Chłopczyk S. wykorzystuje chwile mojej słabości mówiąc:
- Pójdę się rozbierać, jak mi powiesz odpowiedni wierszyk
- Pomidor, pomidor, sałatka z rybką, idź się rozbierać bardzo szybko – wymyślam naprędce zaklęcie.
Ale w tej dyscyplinie bezkonkurencyjna jest Panna Ł.
- Pomidor, pomidor z pomidorem, zaraz szybko się rozbiorę.
Chłopczyk S. wybiega na górę, zaklęcie więc działa, ale nie jest mi dane nacieszyć się jego skutecznością, bo oto Panna Ł. odzywa się znów z błyskiem w oku:
- Pomidor, pomidor i sałatka, niechaj już nie krzyczy matka!
O, i tu się poczułam, jakby ktoś mnie literaturą uderzył w głowę. Prawda czasem boli, a wypowiedziana ustami dziecka – podwójnie. Nie mogę jednak poddać się bez walki.
- Pomidor, pomidor i kotlecik, niechaj już nie wrzeszczą dzieci – moje zaklęcie jest jakby skuteczniejsze, bo wszystkich wymiata z kuchni i zapada upragniona cisza.

 

Przypomina mi się jednak zaraz Chłopczyk J., który w sobotę rano wpakował mi się pod kołdrę.
- Opowiedz mi bajkę – zażądał.
- Śpię jeszcze – mruknęłam.
- Proszę, opowiedz mi bajkę – dodał słodko, kładąc swoje lodowate nóżki na moich wygrzanych plecach.
- No dobrze, opowiem. I tak już nie śpię.
- Smerfy odwiedziły Teletubisie. Tomkiem pojechały.
Mogłam w zasadzie odetchnąć z ulgą. Bajki znane z ekranu nie będą niosły ze sobą takich zagrożeń, jak słowo pisane.
- Smerfy wsiadły w wagoniki Tomka i znalazły się w krainie Teletubisów – zaczęłam pogodnie.
- Kecie? – zapytał Chłopczyk J.
- Słucham?
- Kecie – powtórzył stanowczo.
Rozpaczliwie próbowałam przypisać to słowo do jakiegoś przedmiotu z bajek, ale nic nie przychodziło mi na myśl.
- Na Kecie. Minotaura – wyjaśnił dwulatek.
- Smerfy znalazły się na Krecie i tam spotkały Minotaura? – spytałam dla pewności.
- Tak! – wykrzyknął triumfalnie Chłopczyk.
Zakrztusiłam się. Oczywiście synek słuchał, gdy czytałam jego starszemu bratu.

 

I jak tu wierzyć, że literatura to bezpieczna rozrywka? Odciąga człowieka od ważnych zadań, powoduje obrażenia ciała, grozi zachłyśnięciem, a ostatecznie zostawia go sam na sam z własnymi słabościami. Zastanawiam się, czy nie lepiej byłoby zainwestować w piłkarzyki.

« powrót

Dodaj nowy komentarz

  • Donag 23:27, 3 listopada 2013

    Świetny tekst :)

    Odpowiedz
  • Pani Łyżeczka 10:11, 6 listopada 2013

    Cieszę się, gdy się podoba.

    Odpowiedz
  • Basia 21:35, 4 listopada 2013

    Ha! A to dopiero początek droga Łyżeczko ;)

    Odpowiedz
  • Pani Łyżeczka 10:12, 6 listopada 2013

    Nie, Basiu, ja już jestem wciągnięta w ten wir i ratunku nie widzę :)

    Odpowiedz
  • Aga 9:05, 5 listopada 2013

    A co to za ksiazeczka z tymi rymowankami pomidorowymi?? Córka ma faze na rymowanie.

    Odpowiedz
  • Pani Łyżeczka 10:13, 6 listopada 2013

    Artura Andrusa "Bajki dla dzieci i innych". Absurd goni absurd, jak to u Andrusa.

    Odpowiedz
  • Rut 18:55, 5 listopada 2013

    ostatnio dzieci w szkole zapytały mnie czy książki mogą być nałogiem. Zrobiłam mądrą minę, usiłowałam zrobić unik, ale ostatecznie musiałam przyznać, że tak. Niestety. Nasza Ala wyłącza się przez literaturę na wiele godzin z życia:)Ja kiedyś też to robiłam. Jakoś z nałogu wyszłam, więc dodaj to jeszcze do listy zagrożeń:)

    Odpowiedz
  • Pani Łyżeczka 10:15, 6 listopada 2013

    Rzeczywiście, mam w domu żywy przykład. Panna T. w ogóle nie rozstaje się z książkami: na przerwach, w samochodzie, na szkolnej wycieczce. Zastanawiam się, kiedy interweniować.
    Mnie z tego nałogu wyciągnęły dopiero dzieci, ale jakoś wcale nie jestem im wdzięczna...

    Odpowiedz
  • Rut 15:11, 9 listopada 2013

    A ja może i trochę wdzięczna jestem, bo życie okazało się o wiele bardziej frapującą i wciągającą powieścią niż niejedna lektura;)

    Odpowiedz
  • Pani Łyżeczka 23:22, 16 listopada 2013

    A ja czasem tęsknię, by zatopić się w lekturze i zapomnieć o całym świecie. Może to niezdrowe?

    Odpowiedz

Wyszukiwarka

RSS
Darmowe strony internetowe dla każdego