Gdy dom jest światem
Blog Pani Łyżeczki

Codzienność posrebrzana

Najlepszy czas

2013-01-12 22:56:52, komentarzy: 12

 

- Papaszam! – mówi Chłopczyk J., gdy chce przejść między wysokimi nogami otaczającymi go ze wszystkich stron.
- Poszę… - patrzy błagalnie na mnie, wysuwając miseczkę, w którą ma nadzieję dostać dokładkę.
- Na sieg! Na sieg! – krzyczy rozpaczliwie, gdy wniosę go do domu, zaczerwienionego od mrozu.

 

Mój ulubiony wiek dziecka jest między pierwszymi a drugimi urodzinami. Pamiętam, że odkryłam tę moją fascynację, gdy Panna T. była mała. I przy każdym kolejnym się to potwierdzało. Najlepsze dzieci są właśnie takie: małe poważne krasnale, które dogłębnie poznają świat i komunikują o tym radośnie. Już nie płaczą z powodów trudnych do odkrycia, już zasadniczo przesypiają noce i nie miewają kolek. Uśmiechają się niewinnie swymi dużymi oczętami oraz są absolutnie zafascynowane osobą własnej matki. I dostarczają jej zawsze mnóstwo zajęć, żeby nie zaznała nigdy nudy. Może to dlatego, że same jeszcze nie wiedzą, że można się nudzić. Jeszcze każdy kubek, listek czy trawka są fascynujące. Naprawdę, nie ma lepszych dzieci niż obecnie Chłopczyk J.

 

Zdaje się, że nie ma też lepszych dzieci niż pięciolatki. Wpadłam na to, gdy Panna T. miała pięć lat, a każde kolejne dziecko mnie w tym odkryciu utwierdzało. Taki Chłopczyk S. na przykład, wie już dokładnie, co jest zajmujące i jak się do tego zabrać. Naprawia z tatą kółka od wózka, albo zamiata pod stołem zupełnie samodzielnie. Z takiego pięciolatka jest już naprawdę pożytek. Nie biega bez celu po domu, nie zajmuje byle czym. Jego zabawy mają cel, są przemyślane i spójne. A przy tym wciąż jeszcze opowiada wszystko mamie, jeszcze wciąż najbardziej na świecie lubi się przytulać i słuchać bajek.
- Wtedy na parowozjadzie, byłem w środku najstarszego pługa śnieżnego na świecie – tłumaczy mi z przejęciem Chłopczyk S. – To był taki wagon, który miał skośne ściany i przyczepiało się go z przodu lokomotywy. A w środku siedzieli ludzie i sterowali jego pracą.
Od pięciolatka można dużo się dowiedzieć.

 

Od ośmiolatki też. Początek podstawówki to naprawdę świetny czas dla rodziców. Udowodniła mi to Panna T., a Panna Ł. jeszcze potwierdza. Bo dziecko już może samo wyjść z domu, może przynieść mleko ze sklepu albo zająć się małym braciszkiem na śniegu. Przy takiej ośmiolatce mama naprawdę nie musi być wszędzie. No i ośmiolatka jest jeszcze bardzo pozytywna. Świat wokół niej wydaje się piękny i dobry, a ona bardzo się stara pomagać, by właśnie taki był. Przy tym wciąż jeszcze, wracając z tego świata, potrzebuje opowiedzieć o nim mamie. Chce, by wytłumaczyć jej różne zawiłości życia, a osobą, którą ma pod ręką jestem oczywiście ja. Dobrze mieć taką ośmiolatkę, by czuć się docenioną.
- Chciałabym grać na harfie – wraca nieraz do swojego dziecinnego marzenia. – Myślisz, że to możliwe?
- Sądzę, że tak – podtrzymuję ją na duchu. – Na razie uczysz się na skrzypcach, ale zobaczymy, co będzie, gdy zdasz do następnej szkoły.
Panna Ł. uśmiecha się do swoich myśli.

 

Kiedy zaś patrzę na Pannę T., myślę, że mój ulubiony wiek dziecka, to gdy kończy dziesięć lat. Powoli wychodzimy z okresu, gdy trzeba było jej tłumaczyć techniczne aspekty życia i możemy zając się bardziej abstrakcyjnymi zagadnieniami. Poza tym taka dziesięciolatka zaczyna wiedzieć więcej od własnej matki, i to jest fascynujące. Tłumaczy mi z przejęciem, czym są protisty, że dzielą się na roślinnopodobne, zwierzęcopodobne i grzybopodobne. A także, w jaki sposób sama umiejscawia wydarzenia historyczne w czasie – zastanawiając się, który król rządził wtedy w Polsce.
- Wojna króla z parlamentem w Anglii odbywała się wtedy, gdy królem Polski było dwóch Wazów, Wiśniowiecki (nie wiem, dlaczego go nie lubię) oraz Jan III Sobieski. Wiedziałaś o tym? – pyta z nadzieją w głosie
- Oczywiście, że nie – mogę ją uspokoić zupełnie uczciwie. – Znów jest coś, co ty wiesz, a ja nie i możesz mi o tym opowiedzieć.
Dziesięciolatka z jednej strony jest już taka samodzielna, a z drugiej wciąż potrzebuje mamy, której może oznajmiać prawdy przez siebie odkryte. Czasem nawet sama przyznaje, że tak jest dobrze:
- Miło jest być dużą! Można z mamą porozmawiać o zastawie stołowej i kolorach obrusów. Wcześniej jakoś mnie to nie interesowało – a ciebie interesuje, Panno Ł.?

 

I kiedy tak patrzę na te moje dzieci, żal mi tylko dwóch rzeczy: że jeszcze trochę, i nie będę miała w domu ani dziesięciolatki, ani ośmiolatki, ani przedszkolaka, ani małego tupiącego stworka. Będzie mi ich bardzo brakowało. A druga rzecz – że już nie mam w domu niemowlaczka, pachnącego tak, jak tylko niemowlaczki potrafią. Ten czas przeminął i nikt nie wie, czy jeszcze kiedyś powróci.

 

Owszem, zdarza mi się marzyć, żeby dzieci były już duże i mało absorbujące. Żebym wreszcie mogła długie wieczory poświęcać na szydełkowanie, słuchanie muzyki i spotkania z przyjaciółkami w kawiarniach. Żebyśmy pojechali sobie z Panem Łyżeczką w góry i włóczyli się spokojnie, zajęci wyłącznie naszymi sprawami. Żebym miała mnóstwo czasu na czytanie książek i pisanie tekstów, albo jeszcze lepiej – na odwrót… Żebym, żebym, żebym… Ale wiem, że wszystko ma swoją kolejność, na wszystko jest czas pod słońcem. Nie mogę jednocześnie zachować tego, co mam teraz, przywołać tego, co było i osiągnąć tego, o czym marzę w przyszłości. Chyba że tam – tam, gdzie nie będzie już wczoraj ani jutro, będzie tylko jedno wielkie dzisiaj, w którym zmieszczą się wszelkie dobre sprawy, jakimi warto żyć. I to wielkie dzisiaj będzie już na zawsze.

 

Na razie wracam do swego maleńkiego dzisiaj i mozolnie uczę się nim cieszyć, czekam z nadzieją na maleńkie jutro i czasem sięgam pamięcią do maleńkiego wczoraj. Nawet się zastanawiam, czy to nie nazbyt wiele szczęścia jak na jedno krótkie życie.

Kategorie wpisu: Łyżeczkowo
« powrót

Dodaj nowy komentarz

  • Rut 14:57, 13 stycznia 2013

    Czasem tez sie Łyżeczko zastanawiam, że dużo dobra mi się w życiu przydarzyło i ze gdybym nawet juz teraz musiała odejść to ze świadomością, że piekne i bogate życie miałam. A co do dzieci, to my weszliśmy ostatnio ze starszakami( prawie 11 i prawie 13) w zupełnie inną epokę. Profesjonalnie nazywa sie to bunt nastolatka. Zastanawiam się czasem czy i jak sobie poradzimy z tą zupełnie inną jakością:) rut

    Odpowiedz
  • Pani Łyżeczka 17:49, 13 stycznia 2013

    Wiesz, Rut, ja takie lęki przeżywam, odkąd Panna T. była niemowlaczkiem. Jak sobie poradzę, gdy zacznie mówić? Jak jej wytłumaczę różne zawiłości życia? Jak poradzę sobie w roli rodzica dziecka szkolnego? I zawsze, gdy czas ten nadchodził, jakoś przychodziły też odpowiednie umiejętności. Widocznie każdy rodzic jest odpowiednio wyposażony na dany wiek dziecka, nawet jeśli o tym nie wie.
    Wy też na pewno dacie radę, i jeszcze podzielicie się z nami doświadczeniem :)

    Odpowiedz
  • eNNka 16:50, 13 stycznia 2013

    Dużo w tym mądrości i doświadczenia, Pani Łyżeczko. Zgoda na zwyczajną codzienność, na to, co było, jest i będzie... Piękna ta Twoja recepta na wygranie życia :-)

    Odpowiedz
  • Pani Łyżeczka 17:50, 13 stycznia 2013

    eNNko
    Receptę zapisuję sama sobie i staram się zażywać podane leki. Różnie jest, ale dobrze sobie czasem przypomnieć, najlepiej w formie pisemnej :)

    Odpowiedz
  • Pawel 3:55, 14 stycznia 2013

    Pani Łyżeczko, to prawda o tych pięciolatkach. Pamiętam taką historię z mojego dzieciństwa, właśnie gdy miałem jakieś pięć lat. Mieszkaliśmy wtedy na wsi. Jak co tydzień mama urządzała wielkie pranie. Nie było wtedy pralek, prało się ręcznie, w balji z tarą, taką pofałdowaną blachą, o którą pocierało się prane rzeczy. Do tego do pościeli używało się krochmalu, czyli gotowało się mąkę ziemniaczaną zmieszaną z wodą w jakimś naczyniu, a potem, po przestygnięciu, wlewało się ten roztwór do balji, w której płukało się pościel. W efekcie po wyschnięciu i wyprasowaniu, magla niestety nie mieliśmy w pobliżu, powstawały sztywne, miłe w dotyku i wyglądzie poszewki, w które wkładało się poduszki i pierzyny.

    No i ja, pięcioletni chłopiec, pomagałem mamie tym praniu. Żeby nagrzać wodę potrzebny był węgiel. I do mnie należało by zapewnić mamie stały jego dopływ. Tak więc ładowałem go w komórce w stare, dziurawe garnki i przynosiłem mamie pod kuchnię. Wkrótce okazało się, że zapas węgla pod kuchnią uległ nasyceniu, czyli wszystkie dziurawe garnki zostały napełnione tudzież dostarczone i czekały w kolejce na zużycie. Nastąpił niedobór garnków, w stosunku do zapotrzebowania na chęć pomocy mamie w praniu.

    Jednakże bystry wzrok chętnego do pomocy pięciolatka spostrzegł całkiem spory kociołek umieszczony na wierzchołku stojącej na podwórzu ogromnej beczki, której przeznaczenia niestety nie pamiętam. Kociołek ten znajdował się jednak zbyt wysoko, by pięcioletni malec mógł go dosięgnąć. Od czego jednak pomysłowość? Obok beczki znajdowało się składowisko cegieł pod budowę przyszłego domu, doskonałe źródło materiału budowlanego. Tak więc układając rzędy cegieł, jedna nad drugą pod wielką beczką udało mi się zbudować rodzaj podestu, z którego mogłem dosięgnąć stojący na beczce kociołek.

    Pamiętam bardzo dokładnie, jak dziś, gdy wspięty na palcach chwytam z ucho owego kociołka i kiedy przechylam go wylewa się z niego na mnie gorący, klejący się do ciała krochmal.

    A potem pamiętam tylko, że obudziłem się ustrojony w jakieś kompresy i okłady.

    Otóż mama specjalnie postawiła ten kociołek tak wysoko, żebym nie mógł go dosięgnąć. Niestety nie przewidział mojej pięcioletniej pomysłowości. Dzięki Bogu, że krochmal zdążył już nieco przestygnąć i w efekcie nie spowodował większych trwałych oparzeń. Skończyło się na strachu, mamy i moim.

    Odpowiedz
  • Pani Łyżeczka 14:58, 15 stycznia 2013

    Przeczytałam z przerażeniem. Moje matczyne serce stanęło z wrażenia.
    Ale kiedy popatrzyłam na mojego pięciolatka, stwierdziłam z całą pewnością - tak, właśnie taki chłopiec byłby do tego zdolny.

    Mam na myśli takie poświecenie dla ukochanej mamy :)

    Odpowiedz
  • magna1 10:09, 15 stycznia 2013

    Już dość dużo czasu upłynęło kiedy moje dziec były w wieku między pierwszym a drugim rokiem życia, pięciu, siedmiu czy dziesięciu lat i faktycznie zawsze był to czas najlepszy, niezwykły. Później przyszedł niezwykły czas dorastania, niezwykły czas pierwszych ważnych egzaminów,wyborów życiowych, niezwykły czas pierwszych miłości i rozczarowań..
    Ważne jest, aby umieć cieszyć się tym co nam daje nasze "maleńkie dziś", znaleźć czas na rozmowę i przytulanie nawet dorosłych dzieci, jeśli tego potrzebują :)
    Piękny, ciepły, pełen optymizmu tekst.

    Odpowiedz
  • Pani Łyżeczka 14:59, 15 stycznia 2013

    Właśnie na to liczę. Że ten przerażający czas dorastania, który jest przed nami, okaże się równie dobry i fascynujący jak wszystkie dotychczasowe.

    Odpowiedz
  • B. 21:08, 17 stycznia 2013

    Pani Łyżeczko, zawsze jak czytam Twoje wpisy to otula mnie coś ciepłego. I aż się "dzieci zachciewa" z całym bogactwem inwentarza;p

    Odpowiedz
  • Pani Łyżeczka 22:20, 20 stycznia 2013

    :)
    Kiedy pisałam jeszcze na Salonie24, portalu politycznym,śmiałam się nieraz, że uprawiam tam politykę prorodzinną.
    A tak przy okazji - tyle ciepła do otulania biorę od śpiących dzieci. Oj, to naprawdę jest najpiękniejszy widok na świecie.

    Odpowiedz
  • Shork 16:45, 19 stycznia 2013

    To jest straszne i okropnie nieeuropejskie. Inteligentna i oświecona osoba powinna w ogóle nie mieć dzieci. Ewentualnie w ramach eksperymentu poprzestać na jednym. A tu co mamy? Nie dość że czwórka to jeszcze nie nudzą!
    :-D
    Musi czary jakieś srebrzą tę krainę...

    Odpowiedz
  • Pani Łyżeczka 22:22, 20 stycznia 2013

    Shorku, kładąc na jednej szali europejskość, inteligencje i oświecenie, a na drugiej zwykłą radość i brak nudy, wybieram - zresztą sam widzisz :)

    Odpowiedz

Wyszukiwarka

RSS
Darmowe strony internetowe dla każdego