Gdy dom jest światem
Blog Pani Łyżeczki

Codzienność posrebrzana

Jak tu opowiedzieć…

2013-07-13 22:09:36, komentarzy: 6

 

 

Jak tu opowiedzieć pięć dni w jedną godzinę? Jak zmieścić osiemset kilometrów na tym niewielkim kuchennym stole? Jak opisać czyste górskie powietrze i zielone urwiste doliny daleko pod autostradą? Jak pokazać ciepło domu, który stoi gdzieś tam zagubiony w obcym kraju?

 

Późny wieczór. Mimo wakacji, dzieci już śpią. Siedzimy przy stole z Panem Łyżeczką, naprzeciw siebie. Dobrze wiem, że nie potrafię podołać temu zadaniu, jakie sobie wyznaczyłam. Jak tu opowiedzieć pięć dni w jedną godzinę? Rzadko rozstajemy się na tak długo, więc nie mam wprawy.

 

Rozkładam przywiezioną ze sobą mapę i próbuję na tym kawałku stołu pokazać mu wszystko dokładnie. Ostre zbocza gór pod autostradą i łagodne zalesione wzniesienia widoczne za oknem domu. Małe miasteczko zagubione między nimi, z wąskimi uliczkami wznoszącymi się stromo jedna nad drugą.
- I. mówiła, że przypominają jej uliczki w miasteczkach włoskich – tłumaczę z zapałem. – Bo wiesz, ona świetnie mówi po włosku. I jeszcze w paru innych językach – dodaję.


A potem rozciągam przed nim wizję może nieco bardziej zrozumiałą. Przedstawiam dom o kanciastej bryle, bardzo gościnny i ciepły. Z tysiącem drzwi otwartych na wszystkie strony, żeby każdemu łatwo było wejść. Pan Łyżeczka słucha grzecznie o dobrych sercach i dobrych dłoniach i o miejscu, które jest jak mały kawałek ojczyzny gdzieś tam daleko. Ale ożywia się dopiero na wzmiankę o nowoczesnej technologii, która sprawia, że dom jest ciepły również w sensie fizycznym. Oraz wtedy, gdy wskazuję na mapie linię kolejową biegnącą tuż za osiedlem.

 

Tak bym chciała opowiedzieć mu te wszystkie chwile. Zamiast tego opisuję kolejne twarze.
- I. jest jak prawdziwa wiejska gospodyni. Sadza cię za stołem i po pięciu minutach zapominasz, że widzicie się pierwszy raz w życiu. Zapominasz o tym, że w ogóle można być zmęczonym albo głodnym. Ona jest trochę jak Wielkopolska i Śląsk zamknięte w jednym ciele. Bo wiesz, zupę nalewa nabierką, ale na obiad w niedzielę podaje kluski z modrą kapustą. A jej mąż jest fizykiem – dodaję zachęcająco.
- Miałem na studiach cały jeden semestr fizyki ciała stałego – chichocze Pan Łyżeczka. – To może umiałbym chociaż o coś go zapytać.
Więc zaraz przypominam sobie, że miałam opowiedzieć o zakładach przemysłowych stojących w pobliżu, bardzo podobnych do tych na Śląsku. Pan fizyk kazał.

 

- M. oczywiście tylko udaje taką poważną – tłumaczę mu. – Ona tak naprawdę rzuca ciętym dowcipem na prawo i lewo, tylko robi to ciszej niż inni.
- Zauważyłem – cieszy się Pan Łyżeczka. – Jeszcze przed wyjazdem z czegoś się tu śmiała.
- No właśnie, i ona tak cały czas. Poza tym to taka dobra ciocia, co weźmie dzieciaki na plac zabaw, żeby mama mogła sobie odpocząć. Choć ta mama nigdy nie wygląda na zmęczoną. I M. ma jeszcze jedną właściwość – widzi ludzi. W czasie, gdy ja szukam zabytków, biegam z mapą i wytyczam trasy, ona zaczepia zakonnicę spotkaną dwa dni wcześniej na festynie albo wskazuje mi dyskretnie panią, która siedziała przed nami. Co z tego, że ja umiem opowiedzieć po kolei o wszystkich miejscach, jakie odwiedziłyśmy, skoro ludzi bym po drodze zadeptała, a nie zauważyła. A M. widzi wszystko. I zabieganie gospodyni, i małe rączki, którym trzeba czasem pomóc. Taka dobra ciocia.

 

Chciałabym położyć teraz na stole zdjęcia, ale jak zwykle ich nie zrobiłam. Nie mogę więc pokazać mu ani domu z ciekawą technologią grzewczą, ani czerwonego pociągu. Nie zobaczy też uśmiechniętych, spokojnych twarzyczek dzieci, które mają wszystko, co dzieciom na tym świecie potrzebne – miłość mamy i taty. Mamy i taty też mu nie pokażę. Ani cioci M., ani ojca Stanisława.

 

- Wiesz, oni w polskiej parafii mają takiego księdza Stanisława, który całą niedzielę jeździ po różnych kościołach, żeby do wszystkich potrzebujących zdążyć. Potem jeszcze wracając wpadł do nas na kolację, ale więcej bawił się z dziećmi niż jadł. Zdążył jednak opowiedzieć, jak znalazł się w Norymberdze, gdzie był wcześniej i jak prowadził parafię w Mszanie Górnej. Zapytał, czy na spotkanie dojechali znajomi z Monachium, o których ktoś mu powiedział dzień wcześniej. Bo on widzi, zauważa i pamięta. I nad każdym się pochyla. Słuchałam go uważnie cały czas myśląc, jakim skarbem jest ojciec, który ma czas dla swoich dzieci. Choćby i na tę krótką rozmowę przy stole. Ale on zaraz zerwał się, bo jeszcze chciał oddać dokumenty osobie, która zgubiła je dziś na festynie, żeby już się nie martwiła. Pomyślałam o ojcu, który po całym dniu ciężkiej pracy jedzie jeszcze oddać dokumenty i jakoś wzruszyłam się. Tak właśnie dba się o dzieci.

 

Siedzimy z Panem Łyżeczką przy stole. Wyrzucam z siebie setki słów, pokazuję mapę i kilka obrazków. Tak bardzo staram się wszystko dokładnie opisać, ale wychodzi z tego tylko jakaś sieczka. Przeskakuję z miejsca na miejsce, plączę wydarzenia, wtrącam nowe osoby. Opowiadam, jak nie znalazłam w Norymberdze rzeźby Wita Stwosza, bo szukałam jej w niewłaściwym kościele. I jak kupowałam pierniczki na rynku u jakiejś pani, która oczywiście była Polką i na dodatek zainteresowała się konkursem skrzypcowym dla dzieci. I jeszcze o tych wszystkich, z którymi rozmawiałam na festynie w rodzinnym, o skrzypku, który przyjechał z Katowic studiować w obcym kraju i tak został. I o małym średniowiecznym miasteczku z radosną fontanną i bardzo twardym brukiem na rynku. Tłumaczę, że obie panny są zadowolone, że chłopców też warto byłoby kiedyś zabrać. Staram się przywołać tamtejsze zapachy i nastroje, przedstawić na żywo tamte rozmowy. Denerwuję się, że nie wychodzi. Że musielibyśmy przeżyć wszystko jeszcze raz, razem. Że Pan Łyżeczka nie dość uważnie słucha.

 

Ale on patrzy tylko i powtarza to, co wykrzyknął wcześniej, na powitanie:
- Widzę, że ci się bardzo podobało. Dawno ci się oczy tak nie uśmiechały. I cieszę się, że spotkałaś takich dobrych ludzi.

 

Pstryk! Trzy zdania i już jesteśmy w domu. Już wiem, że zrozumiał. Nagle nasz mały stół znów okazał się wystarczająco szeroki, a lampa nad nim dość jasna. Ja już nie musiałam nic dodawać. Może w ogóle nie należało się odzywać, tylko usiąść naprzeciw i pozwolić popatrzeć sobie w oczy?

 

« powrót

Dodaj nowy komentarz

  • Basia 11:22, 14 lipca 2013

    Czasami i słowa i cisza są ważne w takich rozmowach :) Pozdrawiam Was serdecznie

    Odpowiedz
  • Pani Łyżeczka 15:12, 24 lipca 2013

    Basiu, Ty pewnie na nowo uczysz się właśnie różnych odmian milczenia :)

    Odpowiedz
  • Rut 8:32, 16 lipca 2013

    coraz częściej doświadczam tej prawdy, że wiele naszych doświadczeń jest w zasadzie nieprzekazywalne, że jeżeli ktoś inny nie zrozumie intuicyjnie tego co przeżywamy, to nie znajdą się słowa w ludzkim języku, by to opisać. A im bardziej próbujemy, tym bardziej tniemy na sieczkę. Więc powiem za Panem Łyżeczką - Dobrze, że spotkało Cię w tych dniach tyle dobra i piękna. rut

    Odpowiedz
  • Pani Łyżeczka 15:12, 24 lipca 2013

    Zgadzam się z Tobą i z Panem Łyżeczką :)

    Odpowiedz
  • Asia 11:18, 17 lipca 2013

    ładnie to opisałaś:)wzruszyłam się:)

    Odpowiedz
  • Pani Łyżeczka 15:13, 24 lipca 2013

    Czyli cel osiągnięty :)

    Odpowiedz

Wyszukiwarka

RSS
Darmowe strony internetowe dla każdego