Gdy dom jest światem
Blog Pani Łyżeczki

Codzienność posrebrzana

Dlaczego góry milczały

2013-07-24 15:18:04, komentarzy: 9

- Ciekawe, ile czasu zajęłoby przejście całego czerwonego szlaku beskidzkiego? – zaczęłam się zastanawiać, właściwie zupełnie od rzeczy.


Siedzieliśmy dziś w południe na szczycie Trzech Kopców Wiślańskich, zostawiwszy za sobą szlak niebieski i rozliczne zielone. Teraz podążaliśmy za żółtym, choć krótko. Wzięłam od niechcenia do ręki mapę, przestudiowaną we wszystkie strony w ciągu ostatnich dwóch dni, i wtedy właśnie przyszła mi do głowy ta dziwna myśl. Przejść cały szlak beskidzki, startując z Ustronia.

- Ale to by trzeba zaczynać gdzieś od Krowiarek – ostudził mój zapał Pan Łyżeczka. – Przecież stamtąd dopiero jest ciekawie, a poza tym sporą część tego szlaku mamy już zaliczoną.

- Ale ja chciałabym przejść cały, za jednym razem – upierałam się, zupełnie nie rozumiejąc, dlaczego.

 

Potem zaś wstaliśmy, zbiegliśmy do kolejnego zielonego szlaku („Zobacz, jest szlak!” – cieszył się Chłopczyk J. siedzący na moich plecach. – „Ja tu namalowałem szlak na drzewie. Razem go namalowaliśmy, ty i ja.”), a potem jeszcze kawałek drogą, i po półtorej godzinie byliśmy już w Brennej. Stamtąd zostaliśmy zgarnięci przez pewną życzliwą duszę, która odstawiła nas wprost do naszego samochodu i już po trzech godzinach Beskidy zniknęły nam z lusterek wstecznych. Wróciła szara codzienność. Chciałam powiedzieć: posrebrzana.

 

Krzątając się po domu, stwierdziłam, że nie tak powinien wyglądać powrót z gór. Gdyby wszystko było tak, jak powinno, schodzilibyśmy z nich pół dnia (może nawet w deszczu), dojechali do Krakowa, a tam czekali jeszcze kilka godzin na odjazd pociągu „Wielkopolanin”. W tym czasie zjedlibyśmy tradycyjne zapiekanki z krakowskiego dworca, zostawiając kilka osób na straży miejsc w przedziałach, przezornie zajętych jeszcze na bocznicy. Potem jechalibyśmy długo na północny-zachód i wreszcie musielibyśmy złapać nocny autobus do domu. Następnego dnia wstalibyśmy późno, dobrze wiedząc, że cały rytuał pożegnania z górami został odprawiony i teraz naprawdę wakacje można uznać za zamknięte. Gdyby tylko wszystko było tak, jak powinno.

 

Ale nie było. Góry, zbyt pospiesznie przywitane, nie kiwnęły nawet złamaną jodłą na pożegnanie. Tak, jakby chciały pokazać, że te sprawy należy inaczej załatwiać. Bo górom trzeba dać czas. One nie chcą być traktowane jak krótka odskocznia. Trzeba zagłębiać się w nie powoli, pozwalając, by to one planowały nam tempo. Usiąść na kamieniu i patrzeć na sąsiednie szczyty, żeby usłyszeć ich prawdę o sobie. Rozpalić ognisko gdzieś wysoko pod szczytem, i śpiewać przy nim długo w noc. I nie powinno to być pierwsze ognisko. Musi być piąte i dziesiąte, i może właśnie cierpliwość, z jaką trzeba je codziennie rozpalać pozwoli, by góry otworzyły się i zaczęły mówić. Dwa dni wyszarpane z urlopu to stanowczo za mało. Choć dla towarzyszącego nam dwulatka – i tak aż nadto.

 

- Za rok na pewno znajdziemy dla was więcej czasu – obiecuję. Kolejny raz w tym roku, ale za każdym razem komu innemu.

Właściwie nie wiem, jak to się dzieje, że nasze wakacje są zawsze skrajnie niskobudżetowe i zawsze za krótkie. Tyle mamy pomysłów do zrealizowania, wokół jest tyle życzliwych osób, z którymi chciałoby się zatrzymać na dłużej, że nie sposób to wszystko pomieścić w ciągu dwóch miesięcy. Siłą rzeczy każde spotkanie wydaje się odprawione trochę po łebkach. Ale góry nie dają się przekonać. Patrzą z wyrzutem na tę moją połebkowatość i mruczą gniewnie gdzieś tam pod skałami: „trudno, twój wybór”.

 

Za to je lubię. Za to, że nie pójdą na żaden kompromis. Dadzą wiele, ale pod warunkiem, że najpierw poświęci im się czas i sporo uwagi. „Zupełnie jak dzieci” – pomyślałam i w tym momencie zrozumiałam własną tęsknotę. Nie wiem, ile czasu zajęłoby przejście całego szlaku beskidzkiego, ale na pewno byłoby go tyle akurat, by zdążyć się wyciszyć i pozwolić górom mówić. By wreszcie mogły się otworzyć.

 

Dziś wieczorem, kiedy odwinęłam nogawki burych spodni wycieczkowych, wypadło z nich trochę zeschniętych bukowych liści, które zapewne nasypały się tam rano. Szkoda, że nie miały okazji stać się prawdziwą pamiątką.

« powrót

Dodaj nowy komentarz

  • Jacek 22:39, 24 lipca 2013

    Jak taka mysl przychodzi, sama z siebie, do glowy to znaczy, ze powinnas przejsc caly czerwony szlak. - I napisac o tym ksiazke.
    Na poczatek polecam lecture wspanialej ksiazki Billa Brysona (A Walk in the woods)o przejsciu Appalachian Trail.
    Jesli chcesz to napisz e-mail (jacek.pilchowski@gmail.com) podajac adres na ktory powinienem Ci ta ksiazke wyslac. - Do zwrotu gdyz lubie ja bardzo i chcialbym miec mozliwosc wrocic do niej w przyszlosci.

    Serdecznosci.
    Jacek

    P.S. Mam tez ksiazke "Hawks Rest" w ktorej autor (Gary Ferguson) opisuje swoj "spacer" (140 mil) po Yellowstone.

    Odpowiedz
  • Pani Łyżeczka 13:24, 26 września 2013

    Jak napisać książkę o przejściu przez Beskidy? Tu Appalachy, tam Yellowstone, a tu... Beskidy. Kto potrafi napisać o tym, co zwykłe, żeby chciało się to czytać?

    Odpowiedz
  • Rut 12:21, 27 lipca 2013

    Niewiele mogę powiedzieć o górach, bo niewiele je znam, ale - mimo to - kiedy czytam Twoje słowa Łyzeczko wszystko doskonale rozumiem. O czekaniu, cierpliwości, otwieraniu się powolnym. Może nie trzeba wcale znać gór, żeby to wiedzieć. Może wystarczy, że "wędrówką jedną życie jest człowieka". rut

    Odpowiedz
  • Pani Łyżeczka 13:24, 26 września 2013

    Może jedni potrzebują gór, by to zrozumieć, a inni... kwiatów w ogrodzie?

    Odpowiedz
  • ola_g 20:56, 27 lipca 2013

    Boże, jaką tęsknotę za górami obudziłaś... Ech... A mój dwulatek chyba nie da rady w tym roku... Ale obiecałam sobie wiosnę w górach :) a po Twoim wpisie będzie mi się do niej baaardzo dłużyło!

    Odpowiedz
  • Arek 22:23, 5 sierpnia 2013

    Wiem o czym mówisz i ja się z tym zgadzam.

    Moja podróż w Bieszczady na weekend majowy - 14 godzin Pociąg+PKS+PKS
    Mój powrót do domu - 16 godzin PKS+PKS+PKS

    I takie wyjazdy sie pamieta na całe życie :)

    Pozdrowienia z Elbląga

    Odpowiedz
  • Pani Łyżeczka 13:26, 26 września 2013

    Tak, tak. Albo na Jamną, na pogrzeb sąsiadki. Więcej jazdy niż pobytu.

    Odpowiedz
  • ola_g 6:46, 29 sierpnia 2013

    Muszę napisać :) udało się! Było kilka dni w Gorcach, piękny Luboń i Maciejowa, widoki i ludzie tacy, że dech zapiera... Dzięki za inspirację! Męża "pomęczyłam", pożyczyliśmy nosidło dla dwulatka, napięliśmy budżet do granic możliwości ;) ale... udało się :)

    Odpowiedz
  • Pani Łyżeczka 13:26, 26 września 2013

    Bardzo się cieszę! Służę inspiracją na przyszłość :)

    Odpowiedz
Kreator www - przetestuj za darmo