Gdy dom jest światem
Blog Pani Łyżeczki

Codzienność posrebrzana

Białystok opowiada

2012-10-02 22:20:07, komentarzy: 20

W Białymstoku nie ma białych niedźwiedzi na rynku, jest za to wystawa starych zdjęć pod szkłem. Tak urządzona, że nawet dzieci chodząc po gzymsie, mogą ją z góry podziwiać. A zdjęcia pod nogami pełne są czarno-białych szeptów, które o tej dziwnej porze między zachodem słońca a mrokiem można po prostu usłyszeć. „Popatrzcie na miasto, które minęło i ludzi, którzy kiedyś w nim mieszkali. Ich wytarte ubrania nie pasują do waszych, ich domy jakby niższe i mniej kolorowe. Ale mają swoje miasto, które żyje ich smutkami i które po nich jeszcze wciąż będzie trwało. Widzicie, wcale nie jesteście pierwsi na tej ziemi, wasz czas jest krótki i niedługo będziecie musieli ustąpić miejsca następnym. Oni zaś wprowadzą tu swoje porządki, postawią swoje budowle i ulicami puszczą własne pojazdy. Krótka jest ta wasza chwilą między wczoraj a jutro, czy może tylko między zachodem słońca a zmierzchem. Krótka…”


Przed Pałacem Branickich stanęliśmy już po zmroku. Oświetlony mocnymi reflektorami, śmiał się z nas, że widzimy go takim nieruchomym i pustym. „Wiecie, jak to dawniej bywało?”- mruczał głębokim basem. „Tańczyłem w chybotliwym świetle świec. Setki, tysiące, kandelabrów, a ja pośród nich. Powozy tu zajeżdżały, panie w pięknych sukniach sunęły po szerokich schodach na górę, grajkowie grali co skoczniejsze melodie. Albo przeciwnie – usypiali zebranych rzewną balladą. Hetman Jan Klemens Branicki ustawiał szpaler ze sług trzymających kandelabry stąd aż do swojej posiadłości Choroszczy. Jego młoda żona uważana była za jedną z najpiękniejszych w kraju, może to jej urodę chciał tak oświetlić… To były bale! A przy każdym niemal zdarzały się bójki między służbą możnych państwa. Nikogo nie dziwiło, gdy ktoś zginął. Tak, tak, to co teraz widzicie, to nic. Nieruchoma fasada w sztywnym świetle reflektorów. Dajcie mi tu żywy ogień, rozpalcie świece, a jeszcze wam pokażę, jak potrafię zatańczyć. Krzepki ze mnie staruszek…”


Katedra, poważna i dostojna, też ma swoją historię z przytupem. Opowiada ją po cichu, jakby niechętnie, bo wstyd trochę się przyznać, że jest się tylko przybudówką do małego białego kościółka. „Jeśli koniecznie chcecie wiedzieć, to tak – rzeczywiście miało mnie nie być. Kościół farny miał wystarczyć temu miastu. Ale proboszcz wystarał się u władz carskich o pozwolenie na postawienie przybudówki do kościółka. Zanim się zorientowali, przybudówka była już tak wielka, że nie bardzo wiedzieli, co z tym zrobić. Zostałam i dziś cieszę wasze oczy swą czerwoną fasadą. Moje wieże prowadzą was prosto na rynek, gdy zgubicie się w objazdach. Czasem to, co miało być małe i nieważne, staje się sercem miasta. Patrzę moimi wieżami na wszystkie budynki dookoła i wiem, że jestem ich środkiem. Katedrą, jaką budują w swojej codzienności Bogu na chwałę, choć może niektórym wydaje się, że stawiają tylko przybudówkę.”


Ratusz zaprosił nas do środka. Mówił coś długo i z zapałem, w języku podobno międzynarodowym, ale któż go dzisiaj rozumie? Sam Zamenhof przypatrywał się nam ze ściany, gdy zasiadaliśmy przy kameralnym stoliku w kawiarni. Daniel opowiadał o poszukiwanych korzeniach, podobnie jak na blogu, tylko z większym jeszcze zapałem. I o tym, że w Białymstoku dobrze się żyje, nawet Wielkopolanom. Ewa o podróżach, też podobnie jak na blogu. O wielkich miastach starożytnej Grecji, których ogrom można docenić dopiero będąc na miejscu. Sosenka wcinała kolejne potrawy śmiejąc się, że na ich wycieczkach jednak znajdują bardziej urokliwe miejsca na posiłki. Kasia chłonęła wrażenia całą sobą, jak to Kasia. Jurek opisywał szczegółowo historię miasta, historię obrazów Jezusa Miłosiernego i jeszcze parę innych historii. A Zamenhof patrzył na nas z góry i tylko kiwał nieznacznie głową. Nie takiego towarzystwa pewnie tu się spodziewał.


Ikony w Supraślu milczały. To są te ciche obrazy, które nie marnują słów. Przemawiać miała muzyka w tle, ciemne sale, wąskie przejścia i ta atmosfera tajemnicy ocierająca się o nogi jak kot. Każda ikona pokazuje jakąś tajemnicę, odsłania ją, a jednocześnie skrywa. Sugeruje, że jest czymś więcej niż obrazem, że jest oknem wychodzącym na wieczność. Ale to tylko zapowiedź. Wieczności nie zobaczysz, możesz tylko za nią tęsknić. Przynajmniej na razie. Tak samo, jak nie zobaczysz końca rzeki. Wody Supraśla okalają wzgórze z klasztorem i wcinają się pod skałę, otulają trzcinami i płyną dalej. Tam, gdzie ich nie zobaczymy, choć wiemy, że to miejsce istnieje. Tam, gdzie spotykają się wody wszystkich rzek i falują razem, wypełniając świat wielkim spokojem.


Różanystok tryska nowym życiem. Tu wyraźnie widać, jak na ruinach wyrastają nowe pędy. Tu każdy odzyskany budynek pięknieje, dostaje nowe życie i drugą szansę. Ale nie tylko budynki. Chłopcy biegający po boisku i mijający nas na korytarzach też dostali tu drugą szansę. Patrząc na ich spokojne twarze, odpowiadając na każde uprzejme „Dzień dobry” trudno uwierzyć, że mogą mieć za sobą jakieś ciężkie przejścia, że mogą mieć nie tylko dobre uczynki na koncie. Ksiądz Krzysztof, oprowadzając nas po Różanymstoku, mówi o nich z życzliwością, choć i z troską. Żeby im się udało, żeby dali radę wystartować w samodzielne, dobre życie. Tę troskę i życzliwość odczuwa się tu w starych murach klasztornych i na wybiegu dla koni i przed warsztatem. Budzą się te miejsca powoli, otrzepują pył niedobrych lat i rozpoczynają śpiew. Radosny, międzynarodowy jak festiwal, który tu się odbywa. Pan Zamenhof byłby zadowolony.


Sokółka. Chwila ciszy. Cisza narasta, pęcznieje, przelewa się aż przez tę jedną maleńką chwilę. Pozostanie w nas na wszystkie kolejne dni, miesiące i lata. Cisza.


* * *


Białystok otoczony jest lasami. To one wyciągają ku nam swoje długie ręce, próbują zaczarować gęstym szumem drzew. Zapraszają, a my dajemy się ponieść ich bujnej zieleni. „No, duszno tu nie jest” – mówi Kasia, więc wdychamy głęboko przejrzyste, lekko kłujące powietrze. Pozwalamy się zaprosić w odległe zakątki puszczy, gdzie do wioski prowadzi tylko gruntowa droga i głos serca. Stamtąd roztacza się widok na dolinę Supraśla, z białym klasztorem po prawej, na odległe lasy leżące już za granicą.


Gdzieś pomiędzy tymi lasami a miastem leży otoczona zielenią plebania. Tu czeka gościnny stół, przy którym dobrze toczy się rozmowy. Tu jest ciepły kominek na wieczór i życzliwe serca od rana. Tu dziecko płaczące w nocy jest wydarzeniem, o którym rozprawia się przy śniadaniu. W ciągu dnia ludzie zaglądają, wchodząc przez rozliczne drzwi tak po prostu, jakby byli u siebie. Wieczorem zaś proboszcz wraca od swojej mamy z torbą pełną wełnianych, ręcznie dzierganych skarpet. I dziwnym trafem, dla każdego znajduje się akurat jedna para – i dla Kasi, i dla mnie nawet. Skarpety dziergane przez starszą panią, która wiedziała, ilu będzie chętnych, jaką kto ma stopę i jakie lubi kolory. Skąd wiedziała? To jej tajemnica.


Może ta starsza pani wystarczająco długo mieszka na tej ziemi, gdzie wszystko mówi, szepcze i woła. Może podpowiedział jej kot, który mieszka na plebanii. Albo kwiaty z jej ogrodu, kąpiące się o poranku w ostatnich tego lata promieniach słońca. Może usłyszała od drzew w puszczy albo od kamieni na białostockim rynku. Może…

« powrót

Dodaj nowy komentarz

  • Shork 23:28, 2 października 2012

    ojejku!

    Odpowiedz
  • Pani Łyżeczka 23:35, 3 października 2012

    Shorku, wystraszyłeś się?

    Odpowiedz
  • AK 10:53, 3 października 2012

    Aż chce się tam być :)

    AK

    Ps.
    Pozdrowienia z Elbląga

    Odpowiedz
  • Pani Łyżeczka 23:37, 3 października 2012

    Dziękujemy za pozdrowienia!
    W Elblągu też dobrzy ludzie mieszkają :)

    Odpowiedz
  • Alicja 13:28, 3 października 2012

    Jak zwykle magicznie i poetycko :-)

    Odpowiedz
  • Pani Łyżeczka 23:38, 3 października 2012

    Alicjo, a Ty jak zwykle czytasz :)

    Odpowiedz
  • Pawel Pomianek 13:38, 9 października 2012

    Każdy wierny fan Łyżeczki czyta. Tylko nie każdy wypowiada się pod każdym wpisem :-)

    Odpowiedz
  • Pani Łyżeczka 18:08, 9 października 2012

    Ale zawsze dobrze, gdy się ujawni :)

    Odpowiedz
  • Daniel 15:55, 4 października 2012

    Z tą przybudówką do białego kościółka to nie do końca tak. Projekt został zatwierdzony przez odpowiednie władze guberni grodzieńskiej i dopiero wtedy mógł zostać wybudowany nowy kościół. O żadnym braku orientacji ze strony władz carskich nie może być mowy. Sam nie wiem, dlaczego przewodnicy opowiadają tak tę historię.

    Odpowiedz
  • Pani Łyżeczka 22:10, 4 października 2012

    No to klops :(
    Pozostaje mi albo wykasować wpis, albo napisać bajkę pt. "O Katedrze, która uwierzyła we własną legendę".

    Odpowiedz
  • Daniel 2:18, 5 października 2012

    Legenda o katedrze w tej właśnie wersji krąży dookoła. Sama relacja jak zwykle pełna ciepła i ciekawa. Pozdrawiam

    Odpowiedz
  • Pani Łyżeczka 10:13, 5 października 2012

    Danielu, ja tak trochę z przymrużeniem oka pisałam o kasowaniu.
    Jak znam życie, mogło być tak, że ktoś wziął duży rozmach z budową, władze się zorientowały i trzeba było to jakoś formalnie załatwić. Sprawę załatwiono, a legenda została.

    Odpowiedz
  • Daniel 19:45, 8 października 2012

    Pani Łyżeczko, nie mogło być o tym mowy.Urząd gubernatorski w Grodnie zatwierdził projekt 16.11.1899 roku, dopiero po wprowadzeniu poprawek. 25.01.1900 roku Oddział Budowlany poinformowął oficjalnie o zatwierdzeniu planu i kosztorysu rozszerzenia kościoła. Dopiero wtedy prace ruszyły. Autorem projektu był Józef Pius Dziekoński, kształcony w Petersburgu, co wywarło duży wpływ na cara Mikołaja II, który bawił w Białymstoku w 1897 roku i pośrednio zadecydowało o zatwierdzeniu projektu. Kościół białostocki został zrealizowany według bliźniaczego projektu autorstwa Dziekońskiego praskiego kościoła św. Floriana, zbudowanego wcześniej. Wcześniej została również zrealizowana według tego samego projektu bazylika katedralna w Radomiu. Równolegle z kościołem białostockim był budowany znów wg tego samego projektu kościół w Żyrardowie. Co czyni kościół białostocki unikatem to połączenie z mniejszą, starszą świątynią.

    Odpowiedz
  • Pani Łyżeczka 18:06, 9 października 2012

    Ech, i po legendzie :(
    Ale wiedzę Twą rozległą podziwiam :)

    Odpowiedz
  • Almanzor 1:48, 5 października 2012

    Och nareszcie ...
    Ja też tam byłem
    http://almanzor.salon24.pl/221325,wspomnienie-z-kresow
    :)

    Almanzorowa przed pólnocą wspomniała, żebym Ci relację zdał o Wnuczku M.(4l) i wuczce K.(9m).

    Wpadłem do nich w sobotę wykonawszy przedtem kilkukilometrowy marsz.
    K. rozszalała się w raczkowaniu. Raczkuje do każdego kącika.
    M. pieknie poprosił abym się z nim pobawił na dywanie samochodami. Ja na to, że mnie bardzo bolą nogi.
    M. mi na to: dziadek, to raczkuj, zobacz jak to łatwo ... i dał piękny popis raczkowania

    :)
    Ukłony dla Was wszystkich

    Odpowiedz
  • Pani Łyżeczka 10:12, 5 października 2012

    Almanzorze, dzieci bywają bezwzględne!

    Zaraz otworzę ten link.

    Odpowiedz
  • Almanzor 1:09, 6 października 2012

    A ja poraczkowałem z tymi samochodami.

    Odpowiedz
  • Pani Łyżeczka 18:05, 9 października 2012

    A ja poczytałam o motocyklistach. Motocyklistów przy kościółku przy katedrze nie spotkałam :)

    Odpowiedz
  • Sosenka 20:38, 6 października 2012

    "Ikony w Supraślu milczały. To są te ciche obrazy, które nie marnują słów"

    No, dokładnie tak odczytałam na ikonę z Kresow, która patrzyłą przez setki lat na moich przodków, a teraz jest po tej stronie Bugu...

    Odpowiedz
  • Pani Łyżeczka 18:05, 9 października 2012

    Sosenko, masz ją czy tylko widziałaś?

    Odpowiedz
Kreator www - przetestuj za darmo